Zebrania rodziców w krzywym zwierciadle

startup-594090_1280

Szkolne zebrania to temat rzeka. Pojawiają się na nich absolutnie wszystkie typy rodziców: od takich, którzy nigdy nic nie wiedzą, po takich, którzy uważają, że wiedzą absolutnie wszystko.

Zebrania szkolne mogą mieć bardzo różną przyczynę. Mogą być to zebrania rekrutacyjne, organizacyjne, mogą być to zebrania śródsemestralne, czy po prostu zebrania związane z jakąś imprezą.

Największe ryzyko niosą za sobą zebrania organizacyjne. Pierwsze spotkania rodziców w nowym roku szkolnym. To odbywa się zawsze „łapanka”… ten kto nie schował się dostatecznie dobrze za innymi lub pod stołem może zostać wybrany na przymusowego ochotnika do „prac społecznych” w trójce klasowej. Z własnego doświadczenia wiem, że wcale nie jest to fajna ani zaszczytna fucha. Dałam się w nią wrobić gdy Motylka kończyła przedszkole. Ustalanie czegokolwiek z grupą rodziców, z których każdy ma inną wizję prezentu, laurki, czy wysokości składki jest na prawdę straszne. W zasadzie nie da się zrobić tak żeby wszyscy byli zadowoleni. Zawsze ktoś uprzejmy (za naszymi plecami) życzliwie opluje nasze pomysły.  Zawsze znajdzie się również ktoś, kto w żadnej składce nie będzie brał udziału, a na koniec będzie miał najwięcej „ale” do wybranego upominku. Polecam osobom, które dysponują dużą ilością wolnego czasu oraz mocnymi nerwami.

Na spotkania rekrutacyjne, na którym miałam „przyjemność” być wczoraj dobrze zabrać ze sobą wodę, poduszkę oraz wiatrówkę. W czasach internetu, gdy właściwie każdą najdrobniejszą informację można znaleźć w sieci wciąż istnieje grupa ludzi, którzy wolą usłyszeć wszystko na własne uszy. Każda szkoła ma wypasioną stronę internetową, na której znajdują się wszystkie informacje: od planu lekcji, po menu na stołówce. Niestety wystarczą 2-3 osoby, aby zebranie zaplanowane na 40 minut zamieniło się w 3- godzinny maraton „opowieści dziwnej treści”. Rodzic dociekliwy, który przy okazji uważa się za jedynego zatroskanego losem swojego dziecka zapyta o wszystko. Stan techniczny okien, szerokości parapetów, ilość kilokalorii w obiedzie, kolor ścian na korytarzu, tytuł książki z której dziecko będzie uczyło się religii…. to wszystko są na prawdę najważniejsze pytania jakie należy zadać na sześć miesięcy przed wysłaniem dziecka do pierwszej klasy… można napić się wody i przespać najgorsze na poduszce, albo skrócić cierpienia swoje oraz innych ludzi zgniecionych w sali gimnastycznej i wykorzystać wiatrówkę. Z przykrością stwierdzam, że nie byłam stosownie przygotowana i musiałam po prostu odsiedzieć swoje.

Najciekawsze, a zarazem najbardziej nieefektywne są zebrania związane z organizacja jakiejś imprezy, wycieczki, albo związane z omówieniem jakiegoś bieżącego problemu klasy. Jeśli wychowawca ma gotowy plan działania i chce go jedynie przedstawić oraz rozdzielić ewentualne obowiązki, to wszystko jest ok. Schody zaczynają się wtedy, gdy wychowawca pokłada zbyt wielkie nadzieje w rodzicach. Przychodzi, rzuca hasło i nastawia się na „burzę mózgów”. Takie zjawisko kończy się zazwyczaj 25 pomysłami, z których połowa jest nie możliwa do zrealizowania, a druga połowa wyklucza siebie na wzajem. Tym sposobem sytuacja jest jeszcze bardziej patowa niż przed rozpoczęciem zebrania. Część rodziców pochłonięta jest dyskusjami nie związanymi ze szkołą, część rodziców wciąż debatuje o zbyt wygórowanej kwocie składki, a trzecia część przekonuje wszystkich do słuszności ich pomysłów.  Zazwyczaj niewiele udaje się ustalić, a zebranie kończy się standardowym : „omówimy to jeszcze mailowo”.

Zaczynam rozumieć dlaczego moja mama zawsze uważała, że najwspanialszym okresem mojej edukacji były studia…

Przede mną jeszcze oczywiście zebrania śródsemestralne, takie, na których przedstawione są wyniki w nauce dziecka. Choć Motylka dobrze rokuje, to jednak życie potrafi zaskakiwać. Mam nadzieję, że za parę lat nie będę musiała jechać do szkoły opita melisą i z kropelkami na uspokojenie w torebce…

wtedy być może zatęsknię za zebraniami rekrutacyjnymi…