Wyrosłam z nadgorliwości

pregnant-163572_1280

Zastanawiam się, czy przez ostatnie siedem lat zmieniłam się ja czy świat. Może jednak nikt się nie zmienił. Może po prostu podejście do ciąży zmienia się wraz z kolejnymi „stanami błogosławionymi”. To zabawne, ale gdy siedem lat temu byłam w 14 tygodniu ciąży mieliśmy już wybrane imię dla Motylki (nawet przez chwilę nie zakładaliśmy, że mogłaby być chłopcem), mieliśmy przygotowaną kompletną listę rzeczy, które mieliśmy kupić dla dziecka. Ba – kilka pozycji z listy miałam już nawet kupionych. Gdy byłam w 6 miesiącu ciąży skompletowałam już nawet leki przeciwgorączkowe dla niemowląt. Od 7 miesiąca potykaliśmy się już codziennie o wózek, nosidełko, łóżeczko, pościele i inne gadżety.  Teraz z perspektywy czasu ta moja nadgorliwość bardzo mnie śmieszy.

Dzisiaj nie mam pojęcia jakie wybrać imię, jakie rzeczy kupić, nie myślałam jeszcze nad wyborem łóżeczka, czy wózka.  Żyję z dnia na dzień. Kiedy zastanawiam się nad kompletowaniem wyprawki dla dziecka myślę, że zabiorę się za to koło listopada – na miesiąc przed porodem. Nie czuję presji i pośpiechu. Nie chcę zapeszać, nie chcę za bardzo wybiegać do przodu. Wydaje mi się, że na wszystko jeszcze mam czas. Nie widzę sensu zagracania mieszkania na kilka miesięcy przed porodem. Po co wszystko ma się kurzyć?

Zaskakują mnie pytania o koleżanek o to gdzie postawie łóżeczko albo na jaki kolor pomaluję pokój. Już? Teraz? Malowanie? Łóżeczko?

Dlaczego siedem lat temu tak panicznie i histerycznie walczyłam z czasem? Dlaczego zakładałam, że przez ukończeniem drugiego trymestru powinnam mieć już skompletowaną wyprawkę? Po co na trzy miesiące przed porodem prasowałam ubranka i pościele i wpatrywałam się w zapas wkładów poporodowych oraz staników do karmienia piersią?

Emocje związane z pierwszą ciążą są czymś niezwykłym. Na pewno nie bez znaczenie był również mój wiek – 22 lata to dość wcześnie. Rozsadzał mnie entuzjazm. Teraz wiem czego się spodziewać. Wiem, że przygotować muszę się nie tylko na przebieranie dziecka w kolorowe ciuszki. Muszę skoncentrować się na kolkach, kupach i bolących piersiach. Reszta to już tylko śmietanka, którą będę się delektować.

Siedem lat temu wszystko widziałam w różowych barwach. Widziałam siebie – piękną, wymalowaną, karmiącą niemowlaczka przebranego w różowiutką sukieneczkę. Dziś wiem, że będę rozczochrana, nie będę miała czasu na makijaż, dziecko ubiorę w jakiś praktyczny ciuszek, który łatwo będzie zdjąć, gdy się obsika albo gdy uleje całe śniadanie i będę myślała głownie o tym, że od małego ssaka potwornie boli mnie sutek i o tym, że muszę naciągnąć bluzkę na posiekany rozstępami brzuch. Cóż… rzeczywistość uwiarygodnia nasze wizje…

Cieszę się na myśl o tym, że nasza rodzina może się powiększyć. Teraz koncentruję się jednak bardziej na emocjach. Zastanawiam się nad reakcjami Motylki, na tym jak ułatwić jej wejście w rolę starszej siostry. Zastanawiam się jak powiększenie rodziny wpłynie na moje relacje z Małżem. Gadżety i wyprawka spadły na dalszy plan… Priorytety się zmieniają… a może po prostu zaczynam się starzeć??