Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni…

Zakończył się okres Świąt… nie mogę patrzeć na karpia, brzydzę się sałatką jarzynową i sama myśl o kapuście lub grzybach napełnia mnie obrzydzeniem… tyle jeśli chodzi o kwestie żywieniowe… Niemniej jednak Święta były bardzo udane. Obfitowały w wiele miłych rodzinnych spotkań, a przede wszystkim były czasem ogromnego lenistwa. Z zachwytem odkryłam wczoraj, że nie pamiętam hasła do komputera… niestety dawno już mi się to nie zdarzało…

Jako, że z Małżem pracujemy 29 i 30 grudnia to Motylka spędza te dwa dni z  dziadkami ( z moimi teściami). Tu oczywiście mogą rozpocząć się dyskusje… jestem świeżo po rozmowie z przyjaciółką, która twierdzi, że zostawianie dziecka z teściami to grzech koszmarny i jedyne co dziecku mogę tym sposobem zafundować to długotrwała psychoterapia… cóż, odpieram od razu wszelkie zarzuty… nie jestem wyrodną matką… po prostu uważam, że dla higieny psychicznej warto czasami spędzić trochę czasu osobno… Motylka uwielbia dziadków, a perspektywa noclegu poza domem napawa ją dumą… W końcu moi teściowie wychowali swojego jedynego syna (mojego Małża) na zupełnie normalnego człowieka, więc Motylki nie spaskudzą w dwa dni… Nie uważam również, że dwa dni bez mamusi i tatusia miałyby być jakąś szczególną traumą. Zostawiam ją w dobrych rękach z perspektywą fajnej zabawy… zresztą nie po raz pierwszy…

Zastanawiające jest dla mnie, że istnieje tak jasny i zdecydowany podział wśród mam… jedne uważają, że w zostawianiu dziecka u dziadków nie ma absolutnie nic złego natomiast inne pukają się z politowaniem w głowę. Zapewne wiele zależy od samych dziadków… ich postawa i relacje z wnukami nie są bez znaczenia. Wydaje mi się jednak, że w nas matkach jest potrzeba jakiegoś wyższego celu i przekonanie, że tylko my potrafimy zaopiekować się naszymi dziećmi. Ja-MATKA oczywiście również jestem przekonana o własnej nieomylności w wychowaniu dziecka. Doświadczenie życiowe pokazało mi jednak, że czas spędzany z dziadkami jest Motylce potrzebny… a te symboliczne dwa dni pozwalają jej się porządnie stęsknić za mamusią i wzmocnić relacje z babcią i dziadkiem.

W domu bez Motylki jest smutno i pusto… postanowiliśmy jednak nie płakać i znaleźć sobie jakieś ciekawe zajęcie. Po wojażach sklepowych postanowiliśmy otworzyć butelkę wina i wypożyczyć na VOD jakiś ciekawy film. Padło na wyciskacz łez „Gwiazd naszych wina”… bardzo dobry, bardzo mądry film… rzeka wylanych łez, tona zasmarkanych chustek…

Generalnie staram się unikać filmów o chorowaniu… o umieraniu… zawsze bardzo mnie przygnębiają, a przy mojej nadwrażliwości to bardzo niewskazane. Ten film był jednak trochę inny… przepełniony optymizmem i walką o normalność. Mówił o tym, że musimy akceptować rzeczywistość taką jaka ona jest, ale jednocześnie starać się czerpać z niej jak najwięcej… mimo przeciwności losu walczyć o małe przyjemność. Każdy z nas ma swoja małą nieskończoność życia… dla jednych jest ona dłuższa, a dla innych krótsza… pomyślałam sobie, że czasami jednak sami zamykamy się w jakichś sztywnych ramach i przeżywając 80 lat doświadczamy znacznie mniej niż 30-latek, który zmarł młodo, ale wydusił życie jak cytrynę… Nie jest to film przepełniony patosem i niestety nie jest zakończony happy endem… ale … w jakiś sposób jest idealny, bo porusza ważne tematy w sposób zupełnie życiowy pokazując podejścia różnych ludzi do jednego tematu…. do śmierci…

Mimo, że nie jestem miłośniczką ciężkiego kina to serdecznie polecam, a najlepszą rekomendacją będzie poniższe zdjęcie wykonane przez Małża po zakończeniu seansu…

IMG_20141228_222357

Dzisiaj przed nami kolejny samotny wieczór… myślę, że zdecydujemy się na jakieś bardziej optymistyczne kino… przedtem wybierzemy się jednak na obiad/kolację do jakiejś miłej restauracji… na podsumowanie mijającego Roku. Nie często mamy okazję na taką „randkę”.

A poza tym, to przed nami ważne zadanie… obiecaliśmy Motylce, że w Sylwestra zrobimy sobie bal przebierańców… przed nami wybór kostiumów, więc szykuje się ciekawe popołudnie…