Urodzinki – czyli ciężkie życie celebryty

princess-558825_1280

Zazwyczaj cieszy mnie fakt, że Motylka jest lubiana w swojej klasie. Piszę „zazwyczaj”, bo to słowo kluczowe. Są takie sytuacje, w których marzę o byciu rodzicem klasowego outsidera. Pomijam fakt tego, że Motylka co chwila z kimś się gdzieś umawia, a ja muszę te jej plany brać pod uwagę. Z czystego ludzkiego egoizmu szlag mnie trafia kiedy moje dziecko prawie jak znany celebryta otrzymuje tonę zaproszeń na różne imprezy. Ta mała podskakująca panienka prowadzi bujniejsze życie towarzyskie niż ja. Bez przerwy gdzieś „bywa”. Tymczasem ja funkcjonuję jedynie jako sponsor tego jej „bywania”.

Życie celebryty rozpoczęło się dla Motylki na przełomie dwóch ostatnich grup przedszkola. Był to moment, w którym dzieci zaczęły wzajemne zapraszanie się na tzw. „urodzinki”. Jako, że domówka przy upieczonym przez mamusię torcie jest już bardzo passe na miejsce spotkań wybierane były coraz to nowsze przybytki. Rodzice prześcigali się w pomysłach. Jedni decydowali się  na nieco oklepane „kulkownie”, inni wspinali się na wyżyny swoich możliwości i organizowali imprezy w muzeach, parkach rozrywki, gospodarstwach agroturystycznych, na basenach, w pracowniach artystycznych, kinach, czy w innych wyszukanych top – miejscówkach.

Ostatni rok przedszkola był pod tym względem wybitny. W zasadzie ciężko byłoby przypomnieć sobie weekend, w którym nie trzeba było zasuwać gdzieś z mała Gwiazdą. Zdarzały się też tak napięte grafiki, że z trudnością wyrabialiśmy się na każdą imprezę. W sobotę trzeba było bowiem obskoczyć dwie miejscówki, a w niedzielę wyruszyć na kolejny raut dla 6 – latków.

Nie sposób dziecku odmówić takiej przyjemności.  Informacje z zaproszenia kusiły atrakcjami, więc jeździliśmy z jednej imprezy na drugą. Zabawa była zazwyczaj bardzo udana. Jedna z imprez była tak huczna, że Motylka zdołała nawet złamać na niej rękę. Po zjedzeniu tortu i pożegnaniu z jubilatką pojechaliśmy na „afterparty” do szpitala… w sukni balowej i makijażu tygryska Motylka miała diagnozowane złamanie kości ramiennej z przemieszczeniem, a następnie upakowana została na 5 tygodni w trendy – gips. Cóż – nikt nie mówił, że życie celebryty jest łatwe. Motylka z godnością przyjęła tę porażkę, a już tydzień później przyozdobiona w upstrzony podpisami połowy przedszkola gips wyruszyła na podbój kolejnej imprezy – tym razem plenerowej… w gospodarstwie agroturystycznym…

FOT4CF1Przed chwilą z ciekawości podliczyłam ilość zaproszeń z ubiegłego roku szkolnego… wyszło, że mamy ich 27… Motylka ominęła może trzy z tych imprez, a wiem też na pewno, że na niektóre zaproszona została telefonicznie lub mailowo, więc nie mam po nich śladu w „dokumentacji”. Kiedy podliczę ilość kasy wydanej na prezenty łzy zaczynają napływać mi do oczu… no, ale cóż…

Oczywiście jako, że samemu się „bywa” należy odwdzięczyć się innym i również zorganizować imprezę. To temat rzeka – wybranie stosownego miejsca, sporządzenie listy gości, wypisanie sterty zaproszeń i dopilnowanie aby każde trafiło do adresata. Następnie oczekiwanie na informacje zwrotną, ponaglanie tych, którzy zapomnieli oddzwonić. Ustalenie szczegółów imprezy. W wyczekiwanym dniu walka z dzieckiem od wczesnych godzin porannych o wykrzesanie z siebie odrobiny cierpliwości, a na koniec samotna walka ze stadem dzieciaków, które wspaniale się bawią nie zważając na zasady BHP. Moment, w którym towarzystwo rozłazi się do domów jest dla organizatora imprezy najszczęśliwszą chwilą mijającej dekady.

Nie chcę wyjść na skończoną marudę. Wprawny hejter naraz zarzuci mi, że nie mam obowiązku korzystać z wszystkich zaproszeń. Zapewne ma rację, ale dlaczego odmawiać dziecku przyjemności? Wiadomo, że każdy celebryta ma swoje 5 minut… sezon urodzinkowy kiedyś dobiegnie końca, więc żal nie wykorzystać go do cna. To jeden z uroków bycia dzieckiem. Takie wspólne „bywanie” i wzajemne zapraszanie się to również uspołecznianie dziecka. Tak, tak – dostrzegam zalety urodzinek. Jednak zmęczenie i znudzenie związane z zaliczaniem kolejnych imprez wzięły górę nad entuzjazmem związanym z ich pozytywnymi stronami.

Szkoła Motylki pozytywnie mnie zaskoczyła. To zapewne kwestia innej grupy rodziców. Tu nie ma parcia na organizowanie „urodzinek”. Oddycham z ulgą… ciesze się wolnymi weekendami. Były dotychczas może 4 imprezy, więc w skali 9 miesięcy świetny wynik. Z przykrością dostrzegam jednak, że końcówka roku zapowiada się nieco bardziej napięta. Od piątku Motylka przytachała do domu już trzy zaproszenia na imprezy urodzinowe… w tym dwie odbędą się w najbliższy weekend… koszmar powraca…

A może powinnam cieszyć się z takiego stanu rzeczy. Może naiwnie wydaje mi się, że urodzinki kilkulatków należy postrzegać jako koszmar. Mam tu Motylkę przy sobie, na oku. Kiedy zacznie wchodzić w okres dojrzewania, będzie rozwrzeszczaną, pyskatą nastolatka również będzie chodziła na imprezy. Strach jednak pomyśleć co się będzie na nich działo. W dodatku bez mojego nadzoru – bez mojej wiedzy…. Czy kiedykolwiek będę na to gotowa? Czy wtedy zatęsknię za spędem 6-latków?

Może jednak bardziej powinnam docenić urodzinki?