Urodzę na schodach (dowód na to, że ciężarne marnują wiele energii na głupie pomysły)

road-824622_1920

Czym bliżej terminu porodu tym częściej zastanawiam się nad tym jak przebiegnie to wydarzenie. Chciałabym oczywiście aby wszystko przeszło jak w zegarku. Grzecznie, spokojnie i na czas… Życie lubi jednak pisać różne scenariusze i na taki staram się podświadomie przygotować.

Istnieje wiele możliwości. Kobiety rodzą w wannie, w domu, w szpitalu. Przy drabinkach, na piłkach, w kuckach i podskokach. Na siedzącą, na leżąco, na klęcząco i pewnie nawet stojąc na głowie. Czasami poród dopada jednak gwałtownie. W samolocie, samochodzie, taksówce, karetce, pociągu, na polu, w lesie, na żaglówce, w motorówce czy w centrum handlowym. Czy dany mi będzie spokojny poród w warunkach szpitalnych czy też życie szykuje dla mnie jakiś bardziej hardcorowy scenariusz?

Podświadomie myślę o tym. Końcówkę ciąży z Motylką spędziłam w szpitalu na patologii ciąży (ze względu na lenistwo Motylki, która postanowiła przeczekać swój termin o dwa tygodnie). Byłam pod stałą opieką, pod ręką lekarzy. Nie było miejsca na spontaniczność i  przypadek. Sprawa przeszła książkowo i bezproblemowo. Ta ciąża od samego początku jest jednak skrajnie inna. Mam inne dolegliwości, inne samopoczucie, inaczej wyglądam i przeżywam ten stan. Czy, więc poród również okaże się skrajnie różny od poprzedniego?

Od jakiegoś czasu czuję się osłabiona. Z jednej strony staram się załatwić wszystkie sprawy, więc mój kalendarz pęka w szwach. Z drugiej jednak potrzebuję coraz więcej odpoczynku, na który zaczyna brakować doby. Tym, co najbardziej mnie męczy i osłabia są SCHODY. Wszechobecne niestety SCHODY. Wcześniej pozostawały w ukryciu. Teraz atakują mnie z każdej strony.

Nieopodal mojego bloku jest duża kładka – nieprzyjazna, stroma i „wyposażona” w przerażającą liczbę schodów. Pech chciał, że wszystkie ważniejsze punkty, w których załatwiam różne sprawy znajdują się po przeciwległej stronie wspomnianej kładki. Na drugiej stronie znajdują się szkoła Motylki, przychodnia, weterynarz, poczta. Cokolwiek muszę załatwić skazana jestem, więc na wspomnianą kładkę. W rezultacie wspinam się po znienawidzonych schodach niczym alpinista po 6- 10 razy dziennie.

W motylkowej szkole nie jet lepiej. Jakiś geniusz wpadł na pomysł, że najlepszym miejscem na umieszczenie świetlicy będzie III piętro. Tym sposobem po przetelepaniu się przez kładkę dzielnie maszeruję po schodach na najwyższe piętro szkoły. Tak mijają mi wszystkie dni. Od schodów do schodów. Jeśli podliczyć ile średnio w ciągu dnia spędzam czasu na tych wspinaczkach wysokogórskich to statystycznie rzecz biorąc istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że urodzę właśnie na NA SCHODACH. Może na wszelki wypadek powinnam zacząć nosić ze sobą podręczny zestaw porodowy? Kilka ręczników, coś do dezynfekcji?

Jeśli, więc usłyszycie w tv informacje o nietypowym porodzie, który miał miejsce na środku schodów możecie być niemal pewne, że to właśnie JA!!

W sumie słaba perspektywa. Wiem, że dzieci, które rodzą się np. w komunikacji miejskiej dostają w „nagrodę” darmowe przejazdy do ukończenia 18 roku życia, urodzone w kinie mają dożywotni rabat na bilety. Matki takich dzieci starały się o zapewnienie im jak najlepszego życia już od samego początku. Starowne, porządne kobiety. Takie profity zawsze są mile widziane. Czy schody niosą ze sobą jakieś ekstra dodatki? Już widzę oczami wyobraźni jak Burmistrz wręcza mi i nowo narodzonemu dziecku karnet na dożywotni wstęp na ogólnodostępną kładkę i to bez kolejki… Ja to się niestety nie potrafię w życiu ustawić…