Szał świątecznych zakupów…

Co roku powtarzam sobie, że zajmę się kupowaniem prezentów już w listopadzie, zarzekam się na wszelkie świętości, że nie będę buszowała po sklepach w grudniu, w okolicach Mikołajek. Powtarzam sobie zawsze, że wszystkie prezenty zamówię przez internet…

Niestety jednak coroczną tradycją oddałam się zakupowemu szaleństwu właśnie 6 grudnia… na te „kameralne” zakupy wybrałam jedno z największych centrów handlowych w Warszawie- Blue City. Tam właśnie spędziłam „urokliwe”, przepełnione „świąteczną” atmosferą 5 godzin sobotniego popołudnia. Na towarzysza niedoli wybrałam Małża, z którym to w rozpaczy przedzieraliśmy się przez tłumy zakupoholików. Z każdej strony patrzyły na nas Mikołaje, renifery, aniołki. Migające światełka spowodowały jak zwykle silne zapalenie spojówek, a muzyka kolędowo-biesiadna dudniła mi w głowie jeszcze w niedzielny poranek.

Na każdej witrynie sklepowej witał nas wielki napis informujący o super-hiper-mega wielkiej wyprzedaży świątecznej o ogromnych rabatach świątecznych i super okazyjnych cenach. Zabawki same pchały się w ręce, książki same wpadały do koszyka a wszyscy sprzedawcy z przyklejonym na twarzy uśmiechem polecali wszystko co było w zasięgu wzroku. To wszystko okraszone było dodatkową nutą dramatu w postaci nawijającej przez mikrofon Pani. Pani, której głos wciąż słyszę… ciepły, miły, przyjazny głos, który budzi we mnie seryjnego mordercę i uruchamia najgorsze zwierzęce instynkty. Na szczęście dla tej Pani w torebce miałam jedynie pilniczek do paznokci a tłum zgromadzonych wokół niej dzieci skutecznie zniechęcał mnie do dokonania mordu.

W takich właśnie „życzliwych” nastrojach postanowiliśmy z Małżem rozpocząć zakupy od wybierania prezentów dla Motylki. Na tapetę poszło ToysRus. Po ciężkim wejściu (w postaci plamy wymiocin z płaczącym nad nią 2-letnim właścicielem) okazało się być całkiem przyjemnie. W porównaniu ze Smykiem interesujące nas zabawki były o 10-20 zł tańsze. W sklepie wszystko było poukładane tematycznie, co zdecydowanie ułatwiało odnalezienie interesujących produktów. Co najważniejsze układ alejek nie potęgował wrażenia tłumu. Kupiliśmy większość planowanych rzeczy. Rozochoceni sukcesem przemaszerowaliśmy z falą tłumu do Empiku… również poszło całkiem nieźle. Następnie tłum zabrał nas do Smyka… tu zaczęły się schody. Wiem, że osoby odpowiedzialne za układ towarów w sklepach zarabiają jakieś wielkie pieniądze. Smyk chyba na tej sferze bardzo przyoszczędził. Wpuszczono bandę anorektyczek w kostiumach kąpielowych, które na chybił trafił porozmieszczały po całym sklepie „wysepki” obrzucone przypadkowych towarem. Dla podkreślenia efektu całość upszczono super jaskrawym światłem, które ma chyba oślepić kupującego. Taką mam właśnie wizję tego jak wygląda robienie ekspozycji produktów w Smyku. Ja-MATKA wepchnięta w kurtkę, z torebką na ramieniu przeciskałam się z wielkim wysiłkiem, pocąc się i trudząc aby nie zrzucić czegoś z szlachetnej ekspozycji sklepowej i mrużąc oczy w celu odnalezienia kasy. Pewnie szybko opuściłabym to miejsce, ale czułam się w obowiązku zrealizowania kuponu na 20% zniżki, który to szanowna sieć Smyk przesłała mi w przededniu zakupów. Wybrałam piżamę i bluzkę dla Motylki i udałam się do kasy patrzeć jak biedna Pani kasjerka 32 razy z rzędu wbija na różne sposoby kod rabatowy. W końcu sukces, wiwaty tłumu, udało się…. Wychodzę…

Po wizycie w kilku sklepach do których przepchnął nas tłum postanowiliśmy się z Małżem rozdzielić. Ja chciałam kupić prezenty dla niego, a on (mam nadzieję) dla mnie. Po godzinie spędzonej na zastanawianiu się co wybrać w końcu zdecydowałam się na zakupy upewniając się przy kasie, że mam 30 dni na zwrot. Przy okazji udało mi się zrealizować wszystkie kupony rabatowe, którymi sieciówki obrzuciły mnie w ostatnim tygodniu. Wspaniale jest wydać furę pieniędzy z przeświadczeniem, że zaoszczędziło się 20 zł dzięki rabatom. Ależ człowiek jest naiwny…

I tak właśnie gdy mijała już piąta godzina pobytu w Blue City, gdy udało mi się już zrealizować wszystkie plany zakupowe, gdy moja rozpacz sięgała zenitu postanowiłam wejść do Super Pharm w celu zakupienia mleczka do demakijażu oczu. Co mnie podkusiło?? Gdybym tylko wiedziała… 15 minut stania w kolejce do kasy, Pani, która z uporem maniaka próbowała mnie zachęcić do zakupienia różnych promocyjnych towarów, które wszystkie otrzymam niemalże za darmo… zawieszony terminal… kolejne minuty spędzone na próbie ratowania terminala… odesłanie mnie do innej kolejki… kolejna Pani, która po raz kolejny przekonywała mnie o słuszności i rewelacyjności oferty „darmowo”-promocyjnej…  W końcu gadżety na przeproszenie za to, że jestem przy kasie już od 30 minut… moje niezrozumienie sytuacji, w której się znalazłam pomieszane z żalem, rozpaczą, bólem głowy, nóg i oczu. W końcu telefon do Małża: „ Błagam, zabierz mnie stąd”… wielka ulga, bo on również skończył zakupy. Jeszcze tylko przedarcie się do parkingu, poszukiwania samochodu, 10 minut wyjeżdżania z zakorkowanego parkingu… i wreszcie… home, sweet home.

Oczywiście jak co roku zarzekam się, że był to ostatni raz, ale podświadomość podpowiada mi, że za rok będę przeżywała to samo… Nasuwa mi się jedna tylko refleksja… co skłania ludzi do zabierania na takie zakupy dzieci? Mijały nas tłumy zrozpaczonych rodziców, którzy ciągnęli za sobą zapłakane albo naładowane energią z sacharozy dzieci (o zarzyganym koledze z ToysRus nie wspominam). Dzieci, które co chwila rozbiegały się w różnych kierunkach, co chwila szarpały rodziców aby pokazać im jakąś wypasioną zabawkę albo znudzonego Pana przebranego za Mikołaja. Chyba należy się podziw i szacunek, Ci rodzice to istni geniusze survivalu. Całe szczęście, że Motylka spędziła weekend z dziadkami… ja chyba nie jestem takim mistrzem przetrwania… no cóż… do zobaczenia za rok Blue City…