Spowiedź pracoholiczki…

directory-466935_1280

Czas nabrać odwagi, czas wziąć życie we własne ręce… dzieją się we mnie powolne zmiany. Początkiem tych zmian było założenie bloga. Niby nic nadzwyczajnego, ale chciałam sprawdzić samą siebie. Zorientować się czy wystarczy mi motywacji na zajmowanie się stroną, na pisanie artykułów. Sprawa wciąż jest bardzo świeża jednak sił jest we mnie wciąż bardzo dużo, a i pomysłów na kolejne posty nie brakuje. W weekend „stuknęła” setka fanów na facebook’u i to dodało mi kolejną dawkę mocy.


Byłam bardzo nieszczęśliwa, bardzo niespełniona. W ciągłym stresie i nerwach o zdrowie Motylki. Przewartościowanie tego co w moim życiu się dzieje dało mi nową perspektywę… rzuciło nowe światło na sprawę… zdałam sobie sprawę z tego, że nienawidzę swojej pracy. Nie cierpię tego co zawodowo robię. Nie czuję się spełniona… czuję się wypalona, ograniczona i mam pewność, że w tym konkretnym miejscu i czasie nie osiągnę już absolutnie nic więcej. Zatrzymała się przede mną jakaś kurtyna, która ograniczyła wszelkie drogi dostępu. Zamknęła wszelkie wejścia i wyjścia. Jestem w potrzasku.

 

Zdałam sobie sprawę z tego, że jeśli teraz nie zacznę działać to utknę w tej nieszczęśliwej sytuacji na wieki… a nie chcę tego.

 

Z natury nie jestem ryzykantką, więc zwolnienie się w momencie gdy mam umowę na stałe wydaje mi się jakimś szaleństwem. Z drugiej strony ile lat będę jeszcze tkwiła w tym miejscu? Jak uwięziona w czasie i przestrzeni? Ile jeszcze zniosę?

 

Wszyscy dookoła twierdzą, że marnuję swój potencjał, że stać mnie na więcej. A przede wszystkie sygnały na niebie i ziemi wskazują na to, że powinnam być do większej dyspozycji Motylki. Ze względu na jej przypadłości powinnam wytworzyć jej komfort tego, że najmniejsze złe samopoczucie pozwala jej zostać w domku. Przy pracy na etat nie ma tego luzu.
Życie stworzyło mi pewne okazje do pracy w domu. Dzięki temu nie musiałabym być zawodową „kurą domową”, bo tego boję się najbardziej. Mam wielkie wsparcie Małża… on też wierzy w to, że taka drastyczna zmiana może wpłynąć pozytywnie na życie naszej rodziny… czy ma rację? Czy ja się nie mylę? Czy mam zaufać własnej intuicji? Chyba jeśli nie zaryzykuję nigdy się nie dowiem … i za kilka lat będę być może żałowała… żałowała tego, że w którymś momencie stchórzyłam…

 

nadchodzi czas zmian… jeśli wystarczy mi odwagi z końcem miesiąca składam wypowiedzenie… jeśli nie zachwieje się moja pewność siebie… jeśli moja wiara w siebie się nie ugnie… zegar tyka… co przyniesie życie? Daj mi siłę….