Skarpety i jajo

„Poranna krzątanina (Motylka ze mną w kuchni, Małż w łazience)… wołam Małża na śniadanie, a na to zbulwersowana Motylka… „MAMO, CZY NIE ROZUMIESZ, ŻE MÓJ TATA SIĘ UPIĘKSZA!?” grunt to zrozumieć mężczyzn już od poniedziałku…”  wpis takiej treści zamieściłam dziś rano na fb. To wszystko oczywiście szczera prawda, która skłoniła mnie do różnych przemyśleń.

Wcale nie siliłam się na zrozumienie Małża. Tak na prawdę to chyba wcale nie da się zrozumieć mężczyzn. Bo i po co ich rozumieć? Mają dziwnie pokrętny tok myślenia i w tym swoim schematyczno – logicznym nadęciu są bardzo niekonsekwentni. Tylko facet w trakcie śniadania pójdzie poprawiać swoje włosy w łazience… tylko facet nigdy w życiu nie przyzna się, że to robi… i tylko facet przy pierwszej możliwej okazji wypomni kobiecie długie godziny spędzane przed lustrem…

Przypomniała mi się pewna historia. Niby banalna i bez sensu, ale jednak mocno wryła się w moją pamięć. Kiedy 10 lat temu zamieszkaliśmy razem z Małżem musieliśmy zaliczyć kilka kłótni i nieporozumień, które świetnie wpisują się w schemat „docierania pary”… najlepszym przykładem jest sytuacja znana w naszym domu pod kryptonimem „skarpeta”. Za chwilę do niej wrócę, najpierw jednak krótki wstęp… aby wyczuć klimat stosowny do „skarpety”…

Początki wspólnego mieszkania, to trochę taka zabawa w dom. „Ja będę mamusią, ty będziesz tatusiem. Ja będę woziła dla nas jedzenie od moich rodziców…w  słoiczkach… ty będziesz się starał trochę zarabiać, ale nie za dużo, bo resztę dorzucą rodzice… Zobaczymy jak sobie dajemy radę ( o ile można to nazwać dawaniem sobie rady) i podejmiemy decyzję co dalej.” Ok, trochę to może przejaskrawiłam, ale tak to mniej więcej w ogromnym uproszczeniu wyglądało u nas. Zanim porządnie stanęliśmy na nogi minął pewnie z rok. Tyle czasu potrzebowaliśmy na zrozumienie, że posiłki można produkować samodzielnie, a utrzymywanie się samemu jest bardzo satysfakcjonujące.

Zanim do wszelkich tych wniosków doszliśmy musieliśmy odbyć kilka epokowych awantur o sprawy kluczowe dla prawidłowego funkcjonowania wszechświata. Przykładowe tematy kłótni to:

  • czy papier toaletowy wieszamy tak aby rozwijał się od góry, czy od dołu,
  • czy jajko na miękko jemy od szerokiej, czy od wąskiej strony,
  • czy na noc okno zostawiamy otwarte czy zamknięte,
  • czy zasypiamy przy włączonym, czy przy zgaszonym tv…

wymieniać można byłoby jeszcze długo, ale domyślam się, że takie „niezwykle istotne” sprawy poruszane są w każdym domu. Wróćmy jednak do akcji pod kryptonimem „skarpeta”. Jej przebieg prawdopodobnie ostatecznie wpłynął na nasze dalsze życie. Była to pierwsza porządna awantura… która skończyła się prawie rozstaniem. Z perspektywy czasu chce mi się z tego śmiać, ale wyobrażam sobie, że kiedy miałam lat 19-20 takie właśnie problemy stanowiły sedno mojej egzystencji.

Podczas „zabawy” w mamusię i tatusia szybko przejęłam typowo kobiece obowiązki domowe. Pranie, sprzątanie, gotowanie itp. Robiłam wszystko tak jak umiałam najlepiej… tak jak było to w moim domu. Kiedy pranie wyschło… składałam i rozkładałam po szafkach. Po dwóch tygodniach Małż (który wtedy Małżem jeszcze nie był) z lekkim wyrzutem powiedział słowa, których prawdopodobnie przez kilka kolejnych miesięcy gorzko żałował… cytuję „Moja mamusia parowała mi zawsze skarpetki!”.  Wrodzona duma i powierzchowny stoicki spokój nakazały milczenie… moje wnętrze jednak całe się gotowało, a z uszu i nosa wydobywała się para… faktycznie, w moim domu nigdy w życiu nikt nie parował skarpet. Byliśmy na tyle inteligentni, aby potrafić dobrać dwa identyczne kawałki materiału i nazwać je parą skarpet. Nie dla wszystkich było to jednak jak widać tak oczywiste… natychmiast padło moje: ” to wracaj do mamusi niech ci dalej paruje skarpetki”…

Tym sposobem klasycznie… od słowa, do słowa przeszliśmy z tematu skarpet, przez temat papieru toaletowego, poprzez jajka na miękko i inne kluczowe dla naszego wspólnego życia problemy… zderzenie dwóch cholerycznych charakterów miało siłę rażenia podobną do bomby atomowej, ale jednak gdy dym opadł, a ranni powstali sprawa przycichła. Do tematu nigdy nie wracaliśmy. Ustaliliśmy nowe zasady naszej „zabawy” w mamusie i tatusia… i jakoś przetrwaliśmy…

Gdybym teraz… po 10 latach wspólnego mieszkania miała tracić nerwy w tak błahych sprawach to byłabym już siwa i pomarszczona. Akcja „skarpetka” uświadomiła mi jednak jak irracjonalne są kłótnie o głupoty… Małżowi uświadomiła zapewne (taka przynajmniej mam nadzieję), że ważny jest sposób w jaki mówi się o swoich wątpliwościach…

Niech żyje wspólne mieszkanie przed ślubem! Tak sobie myślę, że gdybyśmy te wszystkie głupie awantury mieli zaliczyć po powiedzeniu sobie „TAK”, to chyba byłaby to największa udręka świata… Teraz z perspektywy czasu wiem, że wiele rzeczy nie wartych jest dyskutowania i krytykowania. Do wielu trzeba przywyknąć, wiele pokochać. Tak, więc mimo morderczej walki o parowanie skarpetek wciąż bawimy się w mamusię i tatusia… jesteśmy już na wyższym poziomie gry, bo „zabawa” rozrosła się o dziecko i psa…  póki co „game over” się nie pojawiło… i zostało jeszcze kilka „żyć” do wykorzystania…

Aby nikogo nie trzymać w niepewności czuję się w obowiązku wyjaśnić jak zakończyła się akcja „skarpeta”… mimo wielkiej dumy i patentu na nieomylność przyznaję…

JA PRACOHOLICZKA (od roku 2005) PARUJĘ SKARPETY…

bo życie to sztuka kompromisów…