Przekleństwo dziedziczenia

pretty-woman-635258_1280

Patrzę na nią i widzę siebie. Widzę swoje lustrzane odbicie. Nie chodzi o wygląd. Wręcz przeciwnie. Jestem matką dziecka, które wcale nie jest do mnie podobne. Natura postanowiła obdarzyć mnie słabymi genami, więc moja córka przypomina każdego członka rodziny za wyjątkiem mnie samej. Nie szkodzi. Nie płaczę z tego powodu w poduszkę. Owszem wściekam się kiedy wszyscy dostrzegają w Niej siebie. Ja siebie nigdy w Niej nie widziałam. Ma nos, ma oczy, ma ręce, ma nogi… zupełnie tak jak ja. Nie ma jednak „moich” oczu, nie ma „moich” włosów, nie ma nawet „moich” ust. Owszem miło mi kiedy koleżanki, kuzynki lub inne „dziesiąte wody po kisielu” dostrzegają nasze podobieństwo. Wiem jednak, że nie mówią tego szczerze. Wiem, że mówią to, co każda matka chce usłyszeć. Z uprzejmości, z życzliwości, z niewiedzy? Wiem, że Ona jest moja, wiem, że połowę w Niej stanowię ja. Stanowię jednak tą niewidzialną połowę. Tą cichą, tą skrytą, tą, która nie ma potrzeby afiszowania się ze swoją obecnością. Taka już jestem „skromna” z natury. Nie pcham się na pierwszy plan. Choć pewnie bardzo bym chciała.

Odziedziczyła po mnie to co nie widoczne. To co przy pierwszym kontakcie wzrokowym nie jest zauważalne. Odziedziczyła to co być może będzie jej największym atutem oraz największym przekleństwem. Charakter.

W zasadzie chyba nadużyciem jest mówić, że odziedziczyła go po mnie. Bo, czy charakter aby napewno można odziedziczyć? Charakter to coś co się w nas kształtuje, co rozwija się i zmienia poprzez przeżywanie, poprzez odczuwanie, poprzez obcowanie z innymi ludźmi. My zawsze jesteśmy ze sobą blisko. Zawsze spędzamy czas razem. Obserwuje mnie. Analizuje mnie. Naśladuje mnie.

Kiedy patrzę jak zachowuje się wśród koleżanek, kiedy patrzę jak dyskutuje z Małżem, kiedy widzę jak wchodzi w dyskusję z sąsiadkami, kiedy kłóci się ze mną. Wciąż widzę siebie. W każdy słowie, w każdym geście, w każdym grymasie na twarzy. Ja. Moje lustrzane odbicie.

Kiedy przychodzi i mówi, że ma ochotę na coś słodkiego ja właśnie chowam pod kuchennym blatem nadgryziony batonik. Kiedy przychodzi powiedzieć, że ma ochotę wyjść na dwór ja właśnie gapię się w okno analizując pogodę. Kiedy w mojej głowie tli się pomysł na jakieś ciekawe wyjście Ona oznajmia, że się nudzi i zrobiła by coś fajnego. Rozumiemy się i uzupełniamy jednocześnie. To dziwne. To coraz intensywniejsze i częstsze.

Najgorsze są kłótnie. Obie jesteśmy takie same – zacięte i przekonane o własnej racji. Używamy podobnych argumentów i próbujemy osiągnąć podobne cele. Kiedy chce mnie Ona przekonać o słuszności swoich irracjonalnych pomysłów gestykuluje tak jak ja. Wylicza na palcach, otwiera dłonie, a w geście wyrażenia swoich prawd delikatnie dotyka klatki piersiowej. Wygląda tak nienaturalnie. Wygląda inaczej… wygląda jak JA.

Naśladuje. Powtarza. Powiela wzorzec.

To mnie przeraża. Czy jestem wzorcem godnym powielania? Czy stanowię przykład? Czy podźwignę brzemię porażki mojej córki mając jednoczesną świadomość, że zawiniła, bo zadziała w sposób podobny do tego, w jaki zadziałałabym ja sama? Cieszę się, że jest pewna siebie. Cieszę się, że potrafi otwarcie rozmawiać z ludźmi, że samodzielnie załatwia różne sprawy. To sukces. To radość. Choć cieszy mnie fakt, że we mnie upatrzyła sobie osobę godną naśladowania to jednak czuję ciężar wielkiej odpowiedzialności.

Patrząc na nią dostrzegam swoje wady. Coraz dokładniej widzę błędy, które popełniam. Coraz bardziej zaczynam się kontrolować. Analizuję czy moje słowa, moje zachowania na pewno dadzą jej dobry przykład. Patrzę w lustro. Szybko wychwycę każdy błąd.

Spójrzcie na moją córkę, a dowiecie się kim jestem.

Ja patrząc na nią dowiaduję się prawdy o samej sobie.

Codziennie.