Przechwalony stan błogosławiony i SZC

pregnant-193839_1280

Długo mnie nie było.

Trochę mi wstyd pisać po takim czasie i udawać, że nic się nie stało. Czuje się w obowiązku wyjaśnić jakie były przyczyny tak długiej przerwy.

Wiecie, że jestem w ciąży. Nic się na szczęście w tej kwestii nie zmieniło. Bobas rozwija się bez zarzutu. Rośnie jak na drożdżach i właśnie wspólnie wkraczamy w 35 tydzień. Motylka nie może doczekać się dnia, w którym zostanie starszą siostrą. Codziennie koloruje mój brzuch i pisze na nim przesłania w stylu „wychodź szybko”, „czekam na Ciebie” itp.

Przyznam, że ta ciąża pełna jest stresów i niepewności. Mimo, że wszystko jest dobrze, dziecko rozwija się prawidłowo to wciąż króluje strach i moje obawy. Wszystko zaczęło się na początku czerwca, kiedy to lekarz wykonał test PAPPA. Wynik oczywiście był zupełnie prawidłowy jednak czas oczekiwania na wyniki i związana z nim niepewność spowodowały, że na trzy tygodnie przestałam pisać na blogu.  Bałam się zapeszać. Nie chciałam o tym myśleć ani wspominać. Nie wiem jak to nazwać. Strach? Choroba psychiczna? Rozchwianie emocjonalne? Ciężko stwierdzić.

Potem nastały wakacje. Sztuka przetrwania. Wyjazdy zaplanowaliśmy już w styczniu/ lutym. Wpłaciliśmy zaliczki , więc żal nie skorzystać. Tylko, że w styczniu nikt nie przypuszczał, że będę w ciąży. Napięty grafik wyjazdów i bardzo dalekie trasy były dla mnie wielkim wysiłkiem. Przetrwałam ten czas jednak każdą wolną chwile poświęcałam na wypoczynek.

Potem rok szkolny. Motylkowy plan lekcji pozostawia wiele do życzenia. Trzy razy w tygodniu zajęcia do 16.30 powodują, że cały dzień dostosowałam do jej szkoły. Znowu pogoń. Lekcje, zajęcia dodatkowe, wycieczki, gotowanie, pranie i sprzątanie, milion wizyt lekarskich i wszystko przeplatane kompletowaniem wyprawki i przygotowywaniem się do życiowych zmian. Wciąż blog pozostawał na szarym końcu listy moich obowiązków.

W codziennym funkcjonowaniu nie pomagał również fakt 20 dodatkowych kilogramów oraz wyjątkowo ruchliwego dziecka, które zdaje się świetnie bawić w moim łonie. Urządza całonocne imprezy, które powodują, że sen jest dla mnie rzadkością. Kiedy, więc wypchnę Motylkę do szkoły zdarza mi się paść i powstać wraz z budzikiem, który ogłasza, że wypadałoby odebrać dziecko ze szkoły.

Przez ten cały czas dostawałam od Was wiadomości. Pytałyście o moje zdrowie i o to, czy wrócę. Było mi strasznie głupio i wciąż liczyłam na to, że się zmotywuję. Przez tyle miesięcy dzielnie czekałyście, że w końcu stwierdziłam, że czas najwyższy wziąć się za siebie i zacząć pisać.

Dosyć już tłumaczenia się. Nawaliłam. Wiem, mam świadomość. Biorę to jednak na klatę i mam nadzieję, że więcej takich przestojów nie zaliczę.

A tak poza tym spieszę powiadomić, że wszystko u nas ok. Motylka kwitnie w szkole. Nauka idzie jej bez zarzutu. Diagnozę pierwszoklasisty napisała najlepiej w klasie – oby to zamiłowanie do nauki zostało jej na dłużej. Świat zna przypadki, w których entuzjazm opada wraz z wiekiem. Pożyjemy – zobaczymy. W dalszym ciągu jest „mistrzynią ciętej riposty”. Kolejne dialogi będę publikowała w najbliższym czasie.

Fasol rozwija się super. Nie wiem czy miałam okazje się pochwalić, ale wszystkie znaki na niebie i ziemii wskazują na to, że będzie druga córeczka. Super. Optymizmem nie napawa fakt, że jest bardzo duża. Perspektywa wypchnięcia z siebie wielkogłowego człowieka już przyprawia mnie o ból krocza. Cóż – życie. Ciąża stan błogosławiony…. ech…

Małż – głęboko oddycha i stara się przywyknąć do myśli, że za chwilę w domu będą trzy kobiety. Widzę, że podświadomie żegna się ze swoją półeczką w łazience, z przespanymi nocami i spokojnymi weekendami. Aklimatyzuje się. Wolne chwile spędza na masowaniu moich zbolałych pleców i miednicy. Udaje, że sprawia mu to wielką przyjemność i dzielnie znosi fakt, że długość masaży z dnia na dzień gwałtownie się wydłuża. Stara się nie dyskutować. Każda nawet najlogiczniejsza jego uwaga kończy się moim ” Chciałeś mieć więcej dzieci to teraz nie dyskutuj”. Tak, wiem … jestem złym człowiekiem. Zwalam to jednak na hormony. Może po porodzie mi przejdzie?

Życie toczy się swoim tempem. Ja funkcjonuję w domu. Buduje ognisko domowe… a może raczej podpalam i dogaszam różne pożary. Liczę rozstępy na brzuchu, analizuję opuchliznę na kostkach, walczę z wyciekającym pokarmem oraz rozrastającym się na mojej łydce żylakiem. Te pasjonujące zajęcia przerywa mi jedynie ciągłe siusianie , zgaga oraz jęczenie w związku z bólem pleców… takie tam codzienne atrakcje ciążowe. Przecież to stan błogosławiony – biorę więc to całe „błogosławieństwo” na barki i „delektuję się” jego „urokami”. Zaciskam zęby i wciąż pytam mojego ginekologa kiedy urodzę. Ten ze stoickim spokojem i cynicznym uśmiechem na twarzy oznajmia mi, że cierpię na SZC, czyli Syndrom Znużenia Ciążą. Żartowniś się znalazł… Gdyby zamiast parą jąder dysponował macicą wielkości arbuza, w której ciągle wierzga młody człowiek nie byłby tak skłonny do diagnozowania moich nastrojów. Cóż – mężczyźni nic nie rozumieją.

Tak w wielkim skrócie wygląda aktualne życie Pracoholiczki. Obiecuje częściej pisać i wrócić na bloga. Dziękuję Wam za cierpliwość i za dobre słowa.

Wróciłam.

Jestem.