Postanowienia noworoczne według pracoholiczki

woman-36446_1280

Nadszedł Nowy Rok…  znowu aż do marca będę musiała skreślać „4” przy każdym pisaniu daty…

Coroczną tradycją istnieje we mnie wielka obawa przed tym co będzie się działo… co przyniesie los w tym Nowym Roku. Nigdy nie robiłam sobie żadnych wielkich postanowień noworocznych. Z doświadczenia wiem, że czym więcej wyznaczę sobie celów tym mniej z nich wyjdzie. Moim realnym celem jest konsekwencja w prowadzeniu bloga. Zbierałam się do tego „przedsięwzięcia” tak długo, że nie zaprzepaszczę ostatnich dwóch miesięcy. Tak, więc oby wystarczyło sił, czasu i chęci… a reszta jakoś pójdzie :) Jest jeszcze kilka spraw, które postrzegam aktualnie bardziej jako marzenia… spraw, które bardzo chciałabym wcielić w życie, a które niestety nie zawsze zależą tylko ode mnie. W tym Roku muszę włożyć jednak nieco więcej energii w realizację marzeń. Samo nic się nie zrobi… od siedzenia i czekania też nic nie zdziałam (wiem na pewno, bo już próbowałam)…

W związku z tym we wszystkich mniej lub bardziej mądrych gazetach, książkach i na portalach internetowych postanowiłam poczytać o noworocznych postanowieniach. O tym jak się zabrać za ich ustalanie… jak zrobić to dobrze :) Dobrze, czyli tak żeby w końcu się udało… Oczywiście artykułów na ten temat są tysiące. Jednak Ja-MATKA postanowiłam wybrać te punkty, które wydają mi się istotne i uzasadnione:

Wybierz max 4 cele – ???!!! tylko tyle… to wyjaśnia dlaczego nigdy mi się nie udawało…. Skreślam pozostałych 16 i wybieram 4 według mnie najważniejsze…

Spisz postanowienia na kartce – ma to sens… mam tyle na głowie, że w zasadzie wszystko notuję w różnych kalendarzykach, notesikach i na różnych karteczkach. Jeśli umrę młodo niedoceniona przez współżyjących, to w oparciu o te prywatne zapiski ma się gotową 4-tomową biografię pracoholiczki. Poza tym w mojej podświadomości funkcjonuje przeświadczenie o tym, że to co zapisałam muszę zrealizować. Taka lista „to do” zawsze mi pomaga. W jakiejś gazecie wyczytałam, że dobrze sprawdza się wykonanie mapy marzeń i powieszenie jej w jakimś widocznym miejscu. Tyle na temat teorii… bo jakoś ciężko mi sobie wyobrazić dyndający w kuchni plakat formatu A3 z moimi marzeniami… zagospodaruję na ten szczytny cel jakąś karteczkę w moim „top secret notesiku” :) Mam nadzieję, że to wystarczy…

Określ realny termin realizacji celu – że też wcześniej na to nie wpadłam. Ja- istota usystematyzowana i zorganizowana wszystko określam terminami i godzinami. W moim notesiku odnotowane są dokładne godziny imprez, wizyt lekarskich i spotkań. Nigdy się nie spóźniam i szanuję każdą minutę życia swojego i innych ludzi… dlaczego, więc nie pomyślałam o tym, że ustalenie „deadline-u” to taka istotna kwestia. Konkretny termin mobilizuje do działania i informuje, że kończy się czas. Rzucenie w przestrzeń postanowienia noworocznego bez podania daty wykonania daje wielkie pole do nadużyć… tak, więc konkretnie ustalę terminy „odbioru” prac…

Bądź konkretny – to moja specjalność. Nie owijam w bawełnę. Mówię to co myślę, robię to co czuję… tak, więc… konkretnie, po żołniersku w kilku słowach musze sprecyzować a najlepiej dla większej przejrzystości wypunktować co w mej duszy gra i co tak bardzo chcę wprowadzić w życie.

Skoncentruj się na jednej rzeczy w danym momencie – to chyba odnośnie ustalania terminów realizacji zadania… Psychologom, autorom czytanych przeze mnie poradników chodziło zapewne o to, że jeśli wezmę się za zbyt dużo na raz to w najlepszym wypadku nic z tego nie wyjdzie a w najgorszym wszystko pomylę. Tym sposobem zamiast np. schudnąć i zmienić pracę… mogę zmienić wagę na wyższą i uszczuplić swoją pensję… Na to pozwolić sobie nie mogę, więc na każde tegoroczne postanowienie ustalę realny cel i postaram się aby termin jego realizacji nie pokrywał się z żadnym innym.

success-413093_640Bądź realistą – no właśnie… to chyba punkt, który gubi mnie najczęściej… nie czarujmy się… nie schudnę 15 kg, nie awansuję na prezesa firmy i nie odbędę podróży dookoła świata… trzeba zastosować metodę „małych kroczków”… niestety… w świecie, w którym przyzwyczajeni jesteśmy do szybkich efektów to ciężka sprawa. W programach telewizyjnych wszyscy chudną w 45 minut (plus dwa bloki reklamowe), zaczynają wyglądać jak księżniczki już pod jednym rozpłakaniu się w klinice dr. Szczyta czy dr. Ambroziaka… a ja napaćkana maseczkami do twarzy nie widzę aż tak powalających efektów… wszystko dzieje się nadzwyczaj powoli… tak, więc chyba zanim jeszcze zacznę realizację jakichkolwiek celów muszę zdać sobie sprawę z tego, że nic trwałego nie osiągnę w 5 minut. Na każdy zbędny kilogram pracowałam miesiącami/latami… więc teraz nie odpadnie ode mnie po dwóch seriach brzuszków… taki los…

Myśl pozytywnie – staram się jak mogę…

Zastosuj system nagród i kar – za osiągnięcie każdego celu powinno się ustalić jakąś nagrodę. Przykład: jeśli w pierwszym kwartale schudnę 5 kg to mogę kupić sobie nową wystrzałową sukienkę. Ma to sens… jeśli nawet odechce mi się chudnięcia to może sukienka zmotywuje mnie do działania. Kary… hmmm… eee tam, jakie kary… tym razem musi mi się udać… :)

Znajdź sobie wsparcie – dobrze mieć kogoś kto dopinguje w działaniu… a najlepiej jakiegoś „współtowarzysza niedoli” wtedy istnieje współzawodnictwo i efekt wzajemnego pilnowania się i mobilizowania do jeszcze większego wysiłku… tak, więc… Małżu… ruszamy do działania!!

Zobrazuj sobie cel – to moje ulubione… już widzę siebie pod koniec roku 2015 (jeśli uda mi się wprowadzić w życie wszystkie założone cele)… Matko… ależ ja jestem fajna na koniec tego roku… po prostu piękna kobieta sukcesu… To oczywiście lekko polukrowana wersja wydarzeń… ale co tam, jeśli skuteczna to mogę ją w sobie pielęgnować…

Tyle odnośnie teorii… za chwilę biorę się za opracowywanie mojej listy postanowień noworocznych… może właśnie w tym roku się uda. Ponieważ nawet Motylka wie, że marzeń nie mówi się głośno, bo się nie spełnią to i ja pozostawię je jedynie dla siebie… Obiecuję, że jeśli jaki ś cel osiągnie status „zrealizowany” to natychmiast opisze to na blogu… to będzie moja nagroda za wysiłek…