Porażki ambitnej Matki

Życie pokazuje, że nie zawsze jest pięknie. Dobre chęci nie zawsze zmieniają się w cudowne osiągnięcia. Na 10 fajnych pomysłów pojawia się jakaś totalna porażka. Mam nadzieję, że nie tylko ja miewam trudne chwile. Przedstawiam kilka moich dramatów pedagogicznych z kategorii „a miało być tak pięknie…”

1. Hodowla roślinki…

Któregoś pięknego dnia wpadłam na genialny pomysł. Uznałam, że wspaniale będzie hodować z Motylką roślinkę. To takie edukacyjne, uczy obowiązkowości i systematyczności. Dałam Motylce dowolność w kwestii podlewania i opieki. Oczywiście Młoda wybrała na swoją hodowlę kaktusa. Początkowo uważałam, że to wspaniała decyzja, bo trzeba się mocno postarać żeby kaktusa uśmiercić… tyle odnośnie teorii… Z bliżej nieokreślonych powodów kaktus stal się wspaniałą „zabawką”. Motylka co 10 minut przestawiała go z miejsca w miejsce i podlewała cztery razy na dobę. Nie pomagały żadne tłumaczenia. Oczywiście Motylka uważała się za najwybitniejszą ekspertkę w dziedzinie hodowli roślin, a już zwłaszcza w kwestii kaktusa, który to został dość mocno „uczłowieczony”. Niestety nie przetrwał w naszym domu zbyt długo, podczas przenosin kilkukrotnie upadł, korzenie zgniły mu pewnie już pierwszego dnia, a Motylka po kilku ukłuciach stwierdziła, że hodowane roślin jest nudne.

2. Wspólne gotowanie

Osobiście uważam, że włączanie dziecka do prac kuchennych jest naprawdę super. Wiem już jednak, że nie należy zbyt wysoko ustawiać sobie poprzeczki…  pamiętam, że jednym z pierwszych wspólnych doświadczeń kulinarnych było pieczenie pierników. Motylka miała wtedy około 3 lat… naoglądałam się  filmów i miałam boską wizję rewelacyjnej zabawy. Oczami wyobraźni widziałam Motylkę przystrojoną w uroczy fartuszek lepiącą swymi małymi rączkami piękne pierniczki. W tle świąteczne melodie, zapach przypraw korzennych unoszący się w powietrzu… istna sielanka… Zderzenie z rzeczywistością było jednak bardzo brutalne.  Po pierwsze Motylka za nic w świecie nie chciała założyć fartuszka. Twierdziła, że jest brzydki i niewygodny… czar prysł… uległam po raz pierwszy… Wyrabianie ciasta…. koszmar… pamiętam, że usypałam śliczną górkę z mąki i wbiłam w sam środek jajko. Ledwo się odwróciłam a Motylka całych sił dmuchała w mąkę rozsypując ją po całej kuchni… ot … taki kaprys. Gdy jakimś cudem udało mi się już wyrobić ciasto musiałam wysłuchać, że moje foremki na pierniczki są bardzo brzydkie. Motylka nie chciała robić na Gwiazdkę pierników choinek, reniferów i dzwoneczków. Koniecznie chciała wykorzystać foremki z zestawu ciastoliny…. oczywiście był płacz i grymaszenie, więc uległam po raz kolejny. Tym sposobem byliśmy chyba jedynymi ludźmi na świecie, którzy w Święta dysponowali piernikami w kształcie księżniczek, krówek i króliczków.  Oczywiście sielsko-anielska wizja wspólnego pieczenia była daleka od rzeczywistości. Kuchnia wyglądała jak po przejściu tornada, a Motylka była nieszczęśliwa, bo pobrudziła ulubiona bluzeczkę, bo kilka pierników się przypaliło, bo mama nie pozwoliła dłużej dmuchać w mąkę. A tak w ogóle to pierniczki Motylce wcale nie smakowały…. na szczęście nie zniechęcałam się… rok później pieczenie było już bardziej udane 🙂

3. Wspólne sprzątanie

O dziwo inicjatorem była sama Motylka. Szybko się napaliłam, stwierdziłam, że wspólne porządki mogą być całkiem przyjemne…. Ależ ja byłam naiwna…. Motylka otrzymała ambitne zadanie, czyli wycieranie kurzy. Stwierdziłam, że to doskonałe zajęcie dla 2-3 latka… poddałam się gdy Motylka zwaliła na ziemię doniczkę z kwiatkiem, a ściereczką do kurzy wytarła toaletę…

4. Wspólne zakupy w Ikei

Bardzo chciałam włączyć Motylkę w urządzanie jej pokoju, chodziło tylko o wybrane kilku mebelków. Młoda szła wtedy do przedszkola i chcieliśmy trochę odświeżyć jej królestwo. Zaproponowaliśmy wspólne zakupy…. zanim dojechaliśmy do Ikei Motylka zwymiotowała w samochodzie… po lekki odświeżeniu dotarliśmy na miejsce. Motylce albo nie podobało się nic albo podobało się wszystko co kompletnie nie nadawało się do jej pokoju. Głowna zainteresowana zajęła się zabawą na wyeksponowanych zabawkach, w których w dodatku ciągle gdzieś się gubiła. W nerwach i stresach kupiliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i totalnie zniechęceni uciekliśmy do domu. Nigdy więcej nie popełniliśmy tego błędu. Kiedy w minione wakacje podjęliśmy decyzję o remoncie w pokoju Motylki wywieźliśmy ją na wakacje do dziadków. Była zachwycona efektem… a my… zdrowsi psychicznie 🙂

 

Piszę o tym wszystkim dzisiaj, bo trwają ferie… miałyśmy tyle świetnych planów. Niestety ferie rozpoczęły się od glutów w nosie i teraz jedynie wspominamy jakie miałyśmy doskonałe pomysły na podbój świata.

Nie zniechęcajmy się jednak… raz gorzej, raz lepiej… ale warto się starać… mam nadzieję, że Motylka wspomni za 20 lat jak z doklejonym na twarzy uśmiechem zmiatam z dywanu ziemię z doniczki lub wycieram mąkę z sufitu… taki los matki…