Poranny wdzięk…

JA-MATKA kiedy budzę się rano wyglądam jak zombie z 5 letnim doświadczeniem, po kawie wyglądam jak „świeże” zombie, po 20 minutach w łazience, po wykorzystaniu 32 tubek z różnymi chemikaliami zaczynam przypominać człowieka. Budujące jest to, że Małż wygląda podobnie a kolejne stadia przeistaczania się z zombie w człowieka zajmują mu jeszcze więcej czasu (nie bez znaczenia pozostaje fakt, że jego półka z „chemikaliami” jest czterokrotnie mniejsza od mojej). Z tym większą zazdrością obserwuję przebudzenie Motylki…

Motylka kokosi się w pościeli, widzę jak budzą się kolejne partie mięśni, zaczynają po kolei funkcjonować różne kończyny, wyciągają się paluszki, rozciągają plecki, wypina brzuchal a po kilku minutach otwierają się najpiękniejsze w świecie niebieskie jak niebo OCZY. Oczy Motylki, w których tkwią niepojęte chochliki. Już od pierwszych sekund po przebudzeniu chochliki świdrują jak szalone. Natychmiast pojawia się szeroki i ujmujący uśmiech. Tym sposobem już chwilę po odzyskaniu przytomności Motylka jest rześka, wypoczęta, uśmiechnięta i gotowa do podbijania świata!

Tak właśnie z siłą elektrowni atomowej Motylka wchodzi w każdy kolejny dzień. Ten uśmiech, to poranne spojrzenie – to dla mnie najpiękniejsza chwila dnia. Silniejszy od porannej kawy kop, który daje mi iskierkę nadziei na przetrwanie kolejnych godzin.