Jedenaste – nie przeklinaj!

toddler-640091_1280

Motylka: Mamo, chciałam Cię o coś zapytać.

ja-MATKA: no, dawaj, słucham

Motylka: lepiej nie, wstydzę się.

ja-MATKA: no co ty, mów śmiało, nie ma się co wstydzić.

Motylka: ale to bardzo brzydkie słowo. Chyba nawet najbrzydsze na świecie.

ja-MATKA: trudno, powiedz co to za słowo.

Motylka: ale będziesz się gniewała, bo to naprawdę straszne.

ja-MATKA: a skąd znasz to słowo?

Motylka: podsłuchałam w szkole jak pani wychowawczyni rozmawiała z panią pedagog. Jak zobaczyły, że słyszę to chyba się zawstydziły i kazały mi się iść bawić.

ja-MATKA: kochanie, powiedz, ja Ci wytłumaczę co to słowo oznacza i więcej nie będziesz go używała. Nic nie szkodzi, że znasz brzydkie słowa, chodzi o to żeby ich nie mówić w codziennych rozmowach

Motylka: no dobra, powiem… ale się nie gniewaj… to słowo to … DYSLEKSJA!!! (ulga na twarzy)

ja-MATKA – kamienna twarz…. a w głowie myśl…. Co zrobić żeby nie wybuchnąć śmiechem!? No nic, pogadałyśmy, pośmiałyśmy się razem. Słowo okazało się być zupełnie ok.

Poszłam do kuchni oddać się codziennej „przyjemności” gotowania. Nagle słyszę głos Motylki wydzierającej się na Lejka : „Nie właź na łóżko, bo masz OBSRANY tyłek!!!”

Oddychaj. Zachowaj spokój. Gdzie popełniłam błąd? W którym momencie moje dziecko zatraciło zmysł rozpoznawania co jest brzydkim słowem, a co nie. Od kiedy „dysleksja” to słowo, które powoduje, że ciśnienie Motylki znacząco wzrasta, a jej twarz zalewa rumieniec? Od kiedy to „obsrany” weszło do codziennego słownictwa? Krótka pogadanka wystarczyła aby dowiedzieć się, że w motylkowej klasie jest to zupełnie normalne słownictwo wykorzystywane przez „najbardziej cool” chłopców. Co, więc ja tam niby wiem!?

Intuicja podpowiada mi, że Motylka zna jeszcze więcej ciekawych określeń. Czeka jednak z ich użyciem na jakiś super kompromitujący moment. Mam wizję, że wykrzyczy jakieś słowo na „K” lub „H” na jakiejś rodzinnej uroczystości. Koniecznie takiej na minimum 20 osób, bo przecież audytorium musi być okazałe. Wszyscy wtedy uśmiechną się pod nosem i powiedzą coś w stylu : „Spokojnie, to u dzieci normalne”. Jednak zaraz po zakończeniu spotkania obgadają naszą rodzinę jako patologię. Ułożą w swych głowach scenariusze, w których rzucamy w siebie naczyniami i obrażamy się pełną paletą przekleństw. Wszystko oczywiście w asyście, a być może nawet z udziałem Motylki.

Jestem na to gotowa, wezmę to na klatę. Udźwignę ten ciężar tak jak ten, który musiałam udźwignąć gdy Motylka postanowiła zalać łazienkę cioci lub oznajmić sąsiadce, że zrobiła „krok wielki jak cholera” ( swoją droga mina wścibskiego babola bezcenna). Dam radę, będę oddychała, będę liczyła do 10, być może nawet w końcu uda mi się opanować sztukę zapadania się pod ziemię.  Będę dzielna tak jak wtedy, gdy Motylka wylała kubek kawy na nowiutki bielutki obrus pedantycznej ciotki, jak wtedy gdy stłukła pamiątkową miseczkę babci, jak wtedy, gdy wycięła dziurę w bluzce mojej koleżanki. Matka ma takie sytuacje wpisane w zakres swoich obowiązków. Co lepsze zazwyczaj to właśnie matka wstydzi się bardziej niż dziecko.

Wszystko przez tą presję społeczną. Inne matki, których dzieci święte nie są zawsze obgadają i doleją oliwy do ognia, rodzina „wesprze” ciepłym spojrzeniem w bezpośredniej relacji… i ogniem krytyki za naszymi plecami. Bo to zawsze my stanowimy wzorzec, my dajemy przykład, my jesteśmy źródłem złego zachowania.

Rzadko nas pochwalą, bo matki nie miewają osiągnięć ani sukcesów wychowawczych. Matki wykonują obowiązki. Jeśli coś nam się udało, to jest to z całą pewnością kwestia dobrych genów (po cioci, babci, czy innej ekspertce)… to co się nie udało to już bez wątpienia nasz wina, nasza bardzo wielka wina…

Ale mam to w nosie. Wcale mnie to nie obchodzi. Każdy dzień uważam za sukces. Każdy dzień kończę zachwytem nad swą cierpliwością. To ja godziłam Motylke i Małża, to ja pomagałam jej odrobić lekcje, to ja zrobiłam obiad, po którym wszyscy przeżyli, to ja zadbałam o to żeby mieli czyste ciuchy. Jeden wielki chodzący sukces wychowawczy. I nie dam nikomu podważyć mojej satysfakcji. Moje dziecko będzie światłe, będzie znało różne słowa. Niech zalewa mieszkania, niech rozlewa napoje, niech tnie ciuchy. To proces dorastania. Spektakularna przemiana bobasa w dorosłego człowieka musi nieść ze sobą jakieś straty. Tak, więc bądźcie dumni świadkowie tego procesu, że mogliście w nim uczestniczyć. Bądźcie szczęśliwi, że to na Wasze miseczki czy obrusiczki popadło. Dostąpiliście zaszczytu!

Tak, więc czekam… czujnie czekam… na kolejne „fajne” słowo.

Koniecznie rzucone od niechcenia w pogawędce z ciocią lub babcią…

I czuję już na sobie ten wzrok…

Tak, jestem na to gotowa… bo przecież jestem matką… muszę być gotowa…

Uśmiechnę się wtedy i powiem… „DORASTA”