Pierniczki świąteczne… z dentystą w tle

WP_001037

Nastał dzień, na który Motylka czekała od tygodnia… dzień umówionej wizyty u dentysty. Na zeszłotygodniowej wizycie kontrolnej okazało się, że Motylka jest szczęśliwą posiadaczką wielkiej, zdrowej „szóstki”. Rozpierała ją duma, gdy dentysta oznajmił, że zęba należy zalakować… to brzmiało tak dorośle…nadszedł upragniony moment…

Ja-MATKA zaczęłam wspominać własne dzieciństwo… jakoś nie pamiętam żeby wizyty u dentysty były wyczekiwane i upragnione. Kojarzą mi się z okropnym babolem, który siłą „uszczęśliwiał” moje zęby, z rodzicami, którzy na przemian to prośbą to groźbą usiłowali namówić mnie na pozostanie na fotelu dentystycznym i w końcu z amalgamatowymi plombami. Kompletnie nic szczególnego. Pamiętam jak tata obiecywał mi kolorowy wiatraczek jeśli jakimś cudem nie zagryzę lekarki podczas grzebania w mojej paszczy… niestety nie stałam się szczęśliwą posiadaczką wiatraczka… reszty nie muszę tłumaczyć… Na szczęście w tej dziedzinie życia mamy pełen postęp.

Motylka była dziś serdecznie witana przez miłą Panią dentystkę, która z szerokim uśmiechem zaprosiła ją do „liliowego” gabinetu. Tam przez 10 minut tłumaczyła co będzie robiła używając niezwykle fachowej terminologii stomatologicznej tj.: smerfowy żelik, smerfne światełko, słonik zasysacz itp inne urocze określenia. Lakowanie trwało całe 15 minut a Motylka była najdumniejszym pacjentem. Na wyjściu otrzymała oczywiście standardową naklejkę „Dzielna pacjentka” i uścisk dłoni dentystki. Podziw starszego pana, który oczekiwał na przymiarkę protezy tylko podbudował motylkowe ego.  Kolejne dwie „szóstki” są już w natarciu, więc miła Pani dentystka już zdążyła powiadomić mnie, że w ciągu najbliższego miesiąca również te zęby będą już nadawały się do lakowania…. tak, więc trzymaj się MATKA za kieszeń, teraz premie pójdą nie na ciuchy, tylko na podtrzymywanie przyjaźni Motylki z właścicielką „liliowego gabinetu”.

Motylka w stanie najwyższego samouwielbienia już dwa kroki po wyjściu od lekarza oświadczyła, że była tak grzeczna, że zdecydowanie należy jej się nagroda… a w nagrodę bardzo chciałaby upiec pierniczki… Tym sposobem wyklarowały nam się plany na resztę dnia.

Podaję przepis na bardzo smaczne klasyczne świąteczne pierniczki: 

  • 35 dag mąki (2 szklanki)
  • 17 dag cukru (3/4 szklanki)
  • 15 dag miodu (2-3 łyżki)
  • 1 jajo
  • 3 dag masła (2 łyżki)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżki przyprawy do piernika

Miód należy rozpuścić w rondelku i ostudzić. Pozostałe składniki wraz z przygotowanym wcześniej miodem dokładnie połączyć i rozgnieść na jednolitą masę. Ciasto ma być plastyczne i lekko klejące. Podsypując je mąką należy dokładnie je rozwałkować.

WP_001023Ciasto podczas pieczenia trochę urośnie, więc nie powinno być zbyt grube. Za pomocą foremek wycinamy świąteczne kształty i przygotowane ciasteczka układamy na blasze wyłożonej folią aluminiową lub papierem do pieczenia.

 

WP_001030Pieczmy w temperaturze 200’C aż do czasu, gdy ciasteczka się zarumienią (dzieje się to bardzo szybko- po ok. 10 minutach- w zależności od grubości ciasta).

 

 

 

Pierniczki są twarde i chrupiące, podobno po kilku dniach stają się miękkie (jeśli ktoś takie woli). Piszę „podobno”, bo u nas nigdy jeszcze nie przetrwały dłużej niż półtora dnia. SMACZNEGO :)

 

 

 

Niestety od razu uprzedzam, że jeśli ma się takiego pomocnika jak Motylka, to należy przygotować się na wielkie sprzątanie. Wałkowanie, ugniatanie i wycinanie ciasteczek w wykonaniu 6-latki to naprawdę chaos absolutny!!

U nas taka sytuacja:

zadzwonił telefon, więc poszłam odebrać… rozmawiałam 1 minutę, wracam do kuchni, a Motylki nie ma… wołam:

– Motylka, gdzie jesteś?

– Znajdziesz mnie po śladach mąki mamusiu!!!

…….

…….

…….

znalazłam :)

posprzątałam :)

przeżyłam :)

POLECAM!!