Nowa rzeczywistość

Młoda, aktywna, całkiem zabawna, chyba niebrzydka prawie trzydziestolatka… po studiach… mężatka…. pracująca zawodowo od 7 lat… a jednak jeśli ktoś zapyta mnie o pierwszą myśl na swój temat bez chwili namysłu powiem … matka… matka, fajnej, mądrej rozbrykanej i wkurzająco rezolutnej sześciolatki.

Nie byłoby w tym absolutnie nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że jeszcze 6 lat temu priorytetem była praca, nauka… zdobywanie wykształcenia, doświadczenia. Najważniejsza była przyszłość, plany, plany, plany i stopniowe dochodzenie do określonych celów.

Jak to zazwyczaj bywa życie szybko zweryfikowało moje plany. Widok maleńkich stóp i zapach różowego bobasa sprawił, że osiadłam w domu na 3 lata urlopu wychowawczego. Powrót do pracy po tak długiej nieobecności był silnym wstrząsem, ale i powrotem do upragnionej rzeczywistości. Uwielbiam ten rytm… poranna kawa, prasówka i wtargnięcie w wielki wir pracy.

I tu również życie postanowiło nie być kolorowe i co jakiś czas rzuca kłody pod nogi. Niestety słodki różowy bobas zamienił się we wkurzająco rezolutną sześciolatkę (o czym pisałam już wcześniej). Tej cudownej przemianie „bezradnej poczwarki” w „szalonego motyla” towarzyszyły różne mniej lub bardziej fascynujące perypetie. Metamorfozy zwłaszcza tak spektakularne mają to do siebie, że wymagają cierpliwości i pomocy.

I tak dochodzimy do kluczowego momentu… narodziła się myśl. Myśl o tym, że coś trzeba w życiu wybrać. Z czegoś być może zrezygnować. Moje sześcioletnie cudo uwikłane zostało w masę dziwnych schorzeń. Być może nie okropnych, może nie śmiertelnych, może nie najgorszych, ale skutecznie utrudniających różne sytuacje a przede wszystkim utrudniające posiadanie wysokiej frekwencji w szkole. I tak JA-po serii zwolnień lekarskich, serii kłótni małżeńskich, setkach godzin poświęconych na organizowanie opieki do dziecka na kolejny dzień uznałam, że czas podjąć ważne decyzje. Tak narodziła się MATKA… Matka, która zamknięta była w ciele pracoholiczki w końcu rozdarła tę przykrą powierzchowność i z rykiem, krzykiem i bólem postanowiła bezkompromisowo postawić wszystko na jedną kartę. Narodziła się jak Feniks z popiołu i postanowiła zawładnąć ładem domowego ogniska. Oczywiście nie oznacza to „testu białej rękawiczki” przed pójściem spać. Oznacza to bezgraniczne zaufanie instynktowi macierzyńskiemu i olanie pracy.

Tak, więc… aktualnie jestem zatrudnioną na stałe ( lecz przebywającą ciągle na zwolnieniach lekarskich) Matką 6-letniej, obdarzonej ponadprzeciętną inteligencją buntowniczki. I może wszystkie feministki świata będą się teraz pukać w głowę, ale podjęcie tej decyzji choć wiele kosztowało to spowodowało, że czuję się lżejsza, radośniejsza i mam poczucie bezpieczeństwa sama ze sobą.

Jestem Anka… po prostu zwyczajna Anka… ale uważam, że każda zwyczajność kryje w sobie wielką siłę, wielką moc i wielką niewiadomą…

Ten blog jest początkiem nowego życia… spisem moich myśli… bilansem codzienności… relacją z tego jak pracoholiczka zamienia się w MATKĘ…