Nie mam czasu na pierdoły…

Jakże wielką jest niesprawiedliwością dziejową to, że jedni muszą mieć czas na wszystko po to tylko by inni stworzeni byli do bardziej wzniosłych celów. Nie jestem być może osobą bezstronną jednak siebie samą uważam za takiego parobka wieczności, który o wszystko w swym otoczeniu musi zadbać.

Po 10 latach toczenia walk z Małżem wypracowaliśmy coś co on pewnie nazwały kompromisem. Ja nazwałabym to poddaniem się w zderzeniu z beznadzieją. Bo ileż razy można w ciągu miesiąca tłumaczyć komuś gdzie w naszym domu leży herbata, przypominać o wzięciu leku, czy o zapisaniu się do lekarza. JA-MATKA po prostu wolę pewne rzeczy załatwić sama, bo po latach doświadczeń stwierdzam, że tak jest szybciej.

Motylka wpisuje się w ten kanon doskonale. Z ufnością małego dziecka i sprytem kryminalisty oczekuje w uśpieniu na moment kiedy to zniecierpliwiona JA-MATKA wkroczę posprzątać za nią pokój, poukładać za nią zabawki, pozanoszę za nią brudne naczynia czy pochowam do szafy ubrania. Niestety JA- zwierzyna łowna jak zwyczajne ciele daje się podpuszczać i chcąc utrzymać ład i dobre tempo wieczornego ogarniania się często machinalnie robię to co powinna zrobić Motylka.

Motylka jest człowieczkiem niezwykle roztargnionym. Taka artystyczna dusza. W ciągu 5 sekund wprowadza wielki nieład. Z tego chaosu wyłania się zazwyczaj jakieś dzieło sztuki. Chaos jednak pozostaje, a artystyczna dusza wypalona z weny z rozpaczą stwierdza, że sama nie da rady uładzić krajobrazu po bitwie. Argumenty są niezwykle różne… za małe rączki, za duży pokój, za wielki bałagan, za mało czasu. Ogólnie moment potencjalnego sprzątania tak bardzo przerasta Motylkę, że zdaje się tonąć we własnej rozpaczy gdy musi zmierzyć się z nieładem w swym otoczeniu. JA-MATKA z natury ukierunkowana na litość daję się podpuszczać. Wspólne porządki przeradzają się w wydawanie przez Motylkę komend gdzie co położyć.

Motylka w domu ma zawsze tak wiele spraw do załatwienia, tyle zabaw, tyle pomysłów, tyle prac. Może faktycznie szkoda marnować taki talent, taką wenę na wieczne sprzątanie i uładzanie. Najwybitniejsi tego świata byli ponoć bałaganiarzami. Z chaosu rodzi się największe piękno…

Jak to zwykle w naturze bywa odwieczna wojna o porządek trwa choć siły są nierówne… Zależnie od nastroju, humoru, od dnia – walki toczą się w mniej lub bardziej napiętej atmosferze. Raz wygrywam ja… raz wygrywa Motylka… czas pokaże w co przerodzi się ten pokoleniowy bałagan…