Nie, bo tak, czyli dziecięce argumenty nie do przebicia

child-554377_1280

Poziom dyskusji prowadzonych z dziećmi osiąga czasami wymiar niemal abstrakcyjny. Łapię się na tym, że w połowie wymiany poglądów nie wie o czym rozmawiamy. Dotyczy to przede wszystkich sytuacji, w których Motylka usiłuje przekonać mnie, że ma rację. Sensowne i logiczne argumenty niestety zupełnie się nie sprawdzają. Dzieci uważają chyba, że czym bardziej irracjonalne tłumaczenie tym lepszy efekt. To taka walka podjazdowa.

 

Motylka: mamo, mam ochotę na coś słodkiego

ja-MATKA: po obiedzie

Motylka: ale ja jestem po śniadaniu

ja-MATKA: no właśnie, za 40 minut obiad, coś słodkiego będziesz mogła zjeść po obiedzie

Motylka: ale po śniadaniu nie zjadłam nic słodkiego

ja-MATKA: nie po każdym posiłku je się coś słodkiego

Motylka: ale ja mam ochotę teraz zjeść coś słodkiego

ja-MATKA: kochanie, jak teraz zjesz coś słodkiego to nie zjesz obiadu

Motylka: wiem, ale zjem coś słodkiego

ja-MATKA: a obiad?

Motylka: to może nie będę jadła dziś obiadu (…)

 

Na tym  zakończę cytowaną rozmowę, bo zarówno jej cytowanie jak i przebieg są zupełnie bezsensowne. Dziecko jest w stanie podać trzy miliony dziwnych argumentów, które mają podważyć nasz autorytet. W miniony weekend rozmów na powyższym poziomie przeprowadziłam pewnie około piętnastu. Wszystkie dotyczyły równie życiowych problemów. Dyskutowałyśmy o słodyczach, o tym dlaczego nie wolno nosić ciągle Lejka, o tym dlaczego trzeba umyć zęby właśnie w tym momencie, o tym dlaczego nie jemy przed samym spaniem, o tym dlaczego musimy wyjść na spacer, o tym dlaczego musimy już wracać ze spaceru itp. Każda najdrobniejsza czynność rozciąga się w nieskończoność. Co druga w swoim przebiegu lub zakończeniu zawiera jakiegoś solidnego focha.

Ciężko zachować stoicki spokój i starać się wciąż brnąć w dyskusję, która zmierza do nikąd. Trzeba jednak przełknąć ślinę i starać się rozsądnie odpowiadać. Być może to jakiś etap rozwojowy. Dobry psycholog zapewne uzna, że to typowe i dobre zachowanie dziecięce. Pozwala kształtować własny charakter i światopogląd. Wszystko rozumiem, ale… jestem tylko człowiekiem i te dyskusje bywają męczące.

Nadszedł poniedziałek… choć budzik jak zwykle zadzwonił zbyt wcześnie i jak zwykle ledwo zdążyłam na czas do pracy… to czuję dziwny spokój… zrobiłam sobie kawę i nikt o nic nie pyta… nikt nie podważa sensu tego, że piję ją w filiżance, a nie w kubku. Nikt nie próbuje mnie przekonać, że teraz jest najlepsza pora na batonik.

Dziwna cisza … pewnie cisza przed burzą.

Ba, na pewno cisza przed burzą. Bo przecież o 16.00 odbiorę Motylkę ze szkoły i codziennym zwyczajem już w szkolnej szatni będę musiała stoczyć pierwszą słowną potyczkę dotyczącą sensu zmieniania butów czy zakładania szalika.

Bez tego byłoby oczywiście nudno… nie mniej jednak mam jeszcze kilka godzin na przygotowanie argumentów, które pozwolą mi wyjść na prowadzenie… może w końcu się uda.