Matko nie bujaj w obłokach

geese-352036_1280

Kiedy zachodzimy w ciąże roztacza się nad nami sielska wizja macierzyństwa. W wyobraźni tulimy w ramionach różowego bobasa, który pachnie jedynie mieszanką mleka i niemowlęcych kosmetyków. Przytulamy go i ubieramy jak ukochana laleczkę z dzieciństwa. Zderzenie z rzeczywistością bywa jednak brutalne. Bobas jest cudowny, ale okazuje się, że wydziela różne zapachy, a przede wszystkim odgłosy, które zazwyczaj nas przerażają.

W miarę wzrostu małego organizmu zaskakują nas coraz to nowe atrakcje. Kolki, zielone gluty, „aromatyczne” kupki podczas rozszerzania diety, płacz o niemożliwych do przewidzenia porach. Cała gama bonusów, które sielską wizję zakłócają…

Na szczęście obdarowane zostałyśmy instynktem macierzyńskim, który tępi zmysły i pozwala cieszyć się każdą zawartością pieluchy i każdą raną na wymęczonym od karmienia cycku. Zresztą mała istota ma w sobie masę osobistego wdzięku… wystarczy popatrzeć na bezzębny uśmiech albo upaprane jedzeniem stopy i serce matki mięknie.

Kiedy wyobrażamy sobie siebie w roli matki  widzimy rozsądną, wyluzowana kobietę, która całymi dniami poszerza horyzonty dziecka zachowując przy tym własną niezależność. Jest silna, dla dziecka jest przyjaciółką, najlepszą koleżanka i rewelacyjnym kompanem do zabawy.

 

A potem… ten mały dorastający potworek stawia nas w bardzo niewygodnej dla nas roli… roli zupełnie niezgodnej z naszymi oczekiwaniami… roli, która nas męczy i dręczy, ale która jest koniecznością. Otóż chodzimy za tym małym człowiekiem i chcąc nie chcąc zamieniamy się w zrzędy… „nie ruszaj!”, „nie wchodź tam!”, „wyjmij ręce z nosa!”, „nie śliń tego!”, „nie bij go!”, „nie noś psa!”, „nie wylewaj zupy na podłogę!”… można wymieniać bez końca.

Dziecko prędzej czy później zaczyna widzieć w nas ograniczenie swoich zabaw, bo przecież gdyby nie mama to mógłby pomalować ścianę farbami, mógłby wyskubać sierść psa, mógłby nawet postać na parapecie przy otwartym oknie… a tu znowu przyszła ona, zobaczyła i całą zabawę zepsuła…

Wraz ze wzrostem dziecka jest coraz gorzej. Zaczyna zamieniać się ono w małego wszechwiedzącego adwokata, który ma w rękawie kilkadziesiąt irracjonalnych argumentów… takich, które mają nas utwierdzić w przekonaniu, że to co robi jest słuszne, a my jesteśmy jedynie zrzędami. Początkowo staramy się tłumaczyć, odpowiadać rzetelnie na wszystkie pytania… ale przychodzi moment, w których świdrujące spojrzenie małego diabełka po prostu nas powala. Mimo szczerych chęci wyczerpanie materiału każe nam powiedzieć po prostu „nie rób tego bo tak powiedziałam!!!!”. Ta bezsilność natychmiast obraca się przeciwko nam… jeśli nie zeżre nas gorzkie spojrzenie dziecka, to już na pewno zeżrą nas wyrzuty sumienia.

 

Tak właśnie wyluzowana, niezależna, fajna i kreatywna matka zmienia się w osobę, którą nigdy być nie chciała… ale osobę, którą być musi… bo dziecka nie da się wychować tylko rozmową i głaskaniem.  Ta bezsilność, to zrzędzenie, to wszystko cechy, które uczłowieczają matkę. Nie lewituje jak anioł w oparach miłości… ma prawo źle się czuć, ma prawo mieć gorszy dzień, ma prawo z troski lub nadopiekuńczości czegoś dziecku zabronić.

Tak, więc droga matko… nie obiecuj sobie zbyt wiele. Macierzyństwo jest piękną przygodą… ale ma swoje zakręty i awarie… czym wcześniej zdasz sobie z tego sprawę tym wcześniej osiągniesz spokój i radość. Nie daj się omamić uśmiechniętym twarzom modelek odgrywającym role matek, które uroczo zerkają na Twoją zmęczoną twarz z gazet i bilbordów… nie wierz wszystkim artykułom, które opowiadają o tym jak cudowne jest robić coś wspólnie z dzieckiem. Zachowaj dystans… Ty też jesteś taka… idealna i piękna jak panie z reklamy… jednak żadna firma nie działa 24 godziny na dobę. Nawet w Tesco jest chwila na sprzątanie… masz prawo do słabości… i nie odbieraj go sobie. Przestań już unosić się nad ziemią… stąpaj po niej uważnie… aby nie zdeptać dziecięcych marzeń… ŻYJ, KOCHAJ, ZRZĘDŹ DALEJ… bo z naturą jeszcze nikt nie wygrał.