Matka jaskiniowiec

boy-110762_1280

Ostatnio mam w pracy problemy z internetem. Już dwa dni w ciągu ostatniego miesiąca byłam całkowicie „odcięta” od świata. Strasznie to dziwne, bo okazuje się, że wszystkie programy z których korzystam na co dzień to aplikacje ciągnące dane z sieci. Nie ma możliwości pracy kiedy nie jest się on – line. Z jednej strony super – więcej wolnego, pogaduchy i ploty. Z drugiej strony paraliż nie tylko firmy, ale i osobowości. Ileż można pić kaw i plotkować? 8 godzin wystarczy za cały rok, a perspektywa dłuższych problemów z siecią może wywołać jakąś depresję albo fobię.

Kiedy opowiadałam w domu o tej „interenetowej katastrofie” Małż i Motylka patrzyli na mnie z przerażeniem. Małż grafik – bez komputera jak bez ręki. Pewnie po jednym takim dniu skoczyłby z balkonu albo zapił się z rozpaczy… a Motylka – no cóż…

Napiszę zdanie, które przez lata przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Zawsze kiedy moi rodzice używali tego strasznego zwrotu wiedziałam, że szykuje się jakaś nudna wspominkowo- nostalgiczna pogadanka. Niestety chyba się zestarzałam, bo muszę rozpocząć swój wywód od… „za moich czasów…

No właśnie, za moich czasów było inaczej. Za moich czasów spędzałam czas na podwórku przed blokiem. Grałam z koleżankami w zbijaka, w klasy, w gumę. Długimi godzinami dyndałam na trzepaku, umawiałam się na rower czy rolki. Wspinałam się po murkach, drzewach i wiedziałam, że jak odpowiednio głośno wrzasnę pod balkonem „mamoooooo!!!” to wychyli się moja rodzicielka i rzuci mi z okna jakieś picie w butelce. Pamiętam codzienne wykłócanie się „jeszcze 5 minut, prooooszę” (oczywiście te dyskusje również toczyły się pod balkonem) i analizowanie, czy jestem pod takim kątem podwórka, że rodzice na pewno zobaczą mnie z okna. Świetne czasy.

Patrzę teraz na Motylkę – dziecko XXI wieku. Spędza mnóstwo czasu na dworze – biega z koleżankami, jeździ na rowerze, na hulajnodze. Wszystko zupełnie normalnie, ale to już jednak nie to samo. W tle zawsze jest wszechobecna technologia. W domu konsola, iPad, komputer. Mimo, że na wszystko ma ograniczenia to jednak wciąż wydaje mi się, że jest tego w jej życiu zbyt wiele. Przeraża mnie to, że po wzięciu w rękę jakiegoś sprzętu z ekranem dotykowym już po chwili ma rozpracowane jego podstawowe funkcje. Intuicyjnie wie co do czego służy i jak to obsługiwać.  Ja- MATKA – jak kompletny jeleń godzinę zastanawiam się jak coś włączyć, a moje 6-letnie dziecko wszystko już wie w ciągu 30 sekund.

Zabronić? Nie da się. Trzeba wręcz uczyć i zachęcać, bo technologia, komputery i dziwne gadżety to przecież przyszłość. Bez tego dziecko nie poradzi sobie w szkole czy w pracy. Informatyzacja w każdym calu.

Ograniczać? Pewnie tak, ale tylko na tyle na ile jest to w ogóle możliwe. Szeroka paleta gier edukacyjnych, czy „mądrych” bajek przecież rozwija nasze dzieci. Nie można odciąć ich od tych nowinek stawiając jednocześnie głęboko w tyle za rówieśnikami.

Ciężko znaleźć „złoty środek”. My jako rodzice również trochę się rozleniwiliśmy. Podczas choroby, podróży, czy sytuacji, w której brakuje nam czasu bardzo wygodnie jest włączyć dziecku komputer albo zgodzić się na granie na konsoli. Musimy być jednak czujni, bo łatwo przedobrzyć. „Jeszcze 5 minut” szybko zamienia się w godzinę, a to już przesada. Zakaz używania konsoli, czy iPada szybko staje się większą karą dla nas – zapracowanych rodziców niż dla naszego dziecka, które przecież chętnie „pozawraca nam głowę” i zaangażuje nas w swoje zabawy.

Za moich czasów nie było tego problemu. Kiedy w telewizji leciała nawet jakaś lipna bajka wszyscy siedzieli wgapieni i patrzyli na przesuwające się rysunki. Teraz dziecko może wybrzydzać, że to lubi, a tego nie. Kiedyś szczytem techniki był telewizor z telegazetą, a teraz jest grymaszenie czy laptop, czy konsola. Kiedyś podczas odrabiania pracy domowej wertowałam encyklopedię, a teraz Motylka informuje, że musi skorzystać z laptopa, bo chciała zobaczyć jak wyglądają menhiry.

Rewolucja? Chyba raczej ewolucja… postępu nie da się zatrzymać i trzeba iść z duchem czasu. Trzeba zachęcać dziecko zarówno do klasycznej i staromodnej zabawy na podwórku czy we własnym pokoju, ale starać się również umożliwić kontakt z nowinkami technologicznymi. Czy nam się to podoba, czy nie… pomimo tego, że za naszych czasów bez wątpienia było lepiej.

Tak, więc w dalszym ciągu funkcjonuję w naszym domu jako ekspert od pralki, która jest chyba jedynym urządzeniem podejmującym ze mną współpracę. Cała resztę jestem w stanie popsuć lub sformatować w ciągu 10 minut od uruchomienia. Ma się ten talent. I dobrze, może będą mnie kiedyś pokazywali w jakimś muzeum techniki albo archeologii… będę reliktem przeszłości. Wspomnieniem po trzepaku, huśtawce i wydzieraniu się pod balkonem. Tylko, czy ktoś do tego muzeum przyjdzie? A nie, zaraz – nie będzie takiej potrzeby – będzie zwiedzanie on – line, więc o chętnych nie muszę się martwić.