„Leniwa” sobota pracoholiczki…

Sobota… magiczny dzień w tygodniu…. Wyczekiwany już od poniedziałku. Perspektywa wyspania się, leniuchowania, nadrobienia zaległości książkowych czy telewizyjnych. Ku rozpaczy Małża niestety harmonogram soboty przedstawia się odrobinkę inaczej.

Wspomnienia minionej soboty…

7.30  Motylka z siłą tornada wpadła do naszej sypialni. Jej poranny entuzjazm od razu mi się udzielił. Ja-MATKA bo kilkunastu minutach kokoszenia się z Motylką oraz półprzytomnym Małżem i rządnym głaskania Lejkiem wstałam szykować śniadanie.

8.00 Małż wyłaskotany, wyprzytulany i powygniatany przez Motylkę w końcu zwlókł się z łóżka. Po krótkiej porannej toalecie wysnuł się z Lejkiem na dwór celem kupienia świeżego pieczywa.

8.30 Razem z Motylką skończyłyśmy szykować śniadanie i nakrywać do stołu. Menu : jaja na miękko. Do szczęścia brakowało już tylko pieczywa. Ja-MATKA znudzona oczekiwaniem na chleb postanowiłam szybko wypucować okno w sypialni. O 8.30 zawisłam na parapecie na wysokości 6 piętra polerując okno… mina Małża wracającego w towarzystwie Lejka z piekarni… BEZCENNA 🙂

9.10 Śniadanie zostało przez nas pochłonięte. Małż wolnym krokiem posnuł się w kierunku kanapy. W ręku kubek z kawą, w oczach błysk nadziei na chwilę relaksu. Niestety, Ja i Motylka miałyśmy już inne plany. Obie stwierdziłyśmy, że okno w sypialni wygląda zabójczo pięknie. Niestety w domu mamy jeszcze inne okna, więc żal żeby czuły się gorsze.

9.30 Motylka podjęła się misji znoszenia wszystkich kwiatów z domu do wanny. Natomiast Ja-MATKA po raz kolejny zawisłam na parapecie myjąc najpierw okna w pokoju Motylki a następnie okna w kuchni. Małż głośno wzdycha… za długo nas zna… zbyt dobrze wie, że właśnie teraz… 20 minut po rozpoczęciu sobotniego relaksu… dobiegł on końca. Motylka rozmawia z kwiatami…

10.30 Okna wymyte. Pralka skacze jak szalona wirując kolejno : firanki, potem zasłonki… to tylko początek jej dzisiejszych prac…

11.00 Jest cudnie, „leniwa” sobota mija perfekcyjnie… Podczas gdy Motylka już po raz piętnasty podlewa w wannie kwiaty ja doznaje olśnienia. Błysk w moim oku przeraża Małża, Małża, który pochłonięty wirem „leniwej” soboty kończy pucować toaletę. On już wie… zabieram płyn do mycia okien i wkraczam do salonu. Małż prawie mdleje… Cała ściana okien plus balkon. Duuużo mycia… dużo za dużo dla mnie samej. Małż „ochoczo” bierze się do pracy… on poleruje z jednej, ja z drugiej strony… Motylka w tym czasie wylewa hektolitry wody i śpiewa kwiatkom piosenki.

12.30 Okna błyszczą… Ja-MATKA wspinam się jak himalaista po krzesłach wieszając firanki i zasłony. Motylka przenosi wymoknięte kwiaty na parapety. Jest z siebie dumna… tak napojone rośliny nie były jeszcze nigdy. W tym samym czasie Małż (prawie bez namawiania) bierze się za rozmrażanie lodówki.

13.00 Cała rodzina koncentruje się na lodówce. Motylka wciąż śpiewa… motywuje nas do pracy. Mi motywacja nie jest w sumie potrzebna. Żeby jednak zmotywować Małża potrzebny byłby koncert Chóru Aleksandrowa.

14.00 Obiad, kończenie prac związanych z lodówką. Pralka działa nieustannie od rana chechłając poszewki na poduszki, wszystkie koce itp.

15.00 Małż decyduje się wynieść rowery do piwnicy. Nadejście mrozu zwiastuje koniec sezonu rowerowego. Myślę, że decyduje się na to wyjście, bo boi się jakie jeszcze atrakcje zgotuje mu ta „leniwa” sobota. My z Motylką dopieszczamy wszystkie kąty, wycieramy kurze, przecieramy bibeloty, odkurzamy.

16.00 Bierzemy się za segregację zabawek w motylkowym królestwie. Motylka jak Cerber broni każdego ścinka papieru… wszystko jest niezwykle potrzebne, więc jedynie układamy różne mniej lub bardziej potrzebne rzeczy. Małż zaginął w otchłaniach piwnicy… czy jeszcze wróci?

17.15 Z Motylką mamy zasłużony relaks… pijemy malinową herbatę, snujemy plany na „leniwą” niedzielę i gramy  w gry planszowe. W końcu wraca Małż. Sprawia wrażenie bardzo zapracowanego, ale kiedy orientuje się, że już skończyłyśmy szaleć stwierdza, że on też już zakończył piwniczną działalność.

Świąteczne porządki (part 1) zaliczone… Wszyscy padamy na twarz… wspólnie stwierdzamy, że „leniwa” sobota w gruncie rzeczy była bardzo fajna… Małż może nie jest do końca przekonany… cóż, być może przekona go kolejna „leniwa” sobota 😉