Kalambury

Dawno temu… za górami, za lasami… w epoce kamienia łupanego… czyli w czasach mojego późniejszego dzieciństwa w telewizji triumfy święcił program rozrywkowy „Kalambury”… początkowo o ile dobrze pamiętam prowadził go Wojciech Malajkat, później Piotr Gąsowski. Mniejsza o większość… najważniejsze, że uwielbiałam ten program. Pamiętam, że zawsze starałam się jak najszybciej odgadnąć rysowane/pokazywane hasło. Niedawno odkryłam w Smyku grę Kalambury wydawnictwa Alexander.

Opakowanie zawiera:

  • dwustronne karty „haseł” – 108szt.
  • karty „kategoria” – 2szt.
  • plansza,
  • pionki do gry – 3szt.
  • kostka do gry,
  • żetony – 60szt.
  • notesy – 3szt.
  • klepsydra,
  • instrukcja

Nie bez znaczenia jest również przystępna cena, bo koszt poniżej 30,00 zł. Kategoria wiekowa 7+.

Wszystkie hasła podzielone są na cztery kategorie: przysłowie, osoba, czynność, przedmiot. Niektóre są oczywiście zdecydowanie za trudne dla 6-letniej Motylki, bo nie ma opcji żeby pokazała Józefa Piłsudskiego, Wilhelma Tella czy jakieś staropolskie przysłowie. Niemniej jednak warto zapłacić każde pieniądze żeby zobaczyć Małża, który sili się aby wytłumaczyć Motylce hasło : „jazda na rowerze”, „kelner”, czy „baletnica”. Motylka w roli „Kubusia Puchatka”, czy „kolekcjonera” lub ja-MATKA odgrywająca rolę „Kopciuszka” gwarantują świetnie wspólnie spędzony czas. My umawiamy się, że gramy do momentu aż ktoś uzyska 20 żetonów (żeton otrzymuje się za odgadnięcie hasła), co powoduje, że mamy minimum godzinę gimnastyki i zalewamy się łzami ze śmiechu. W czasie gry pomijamy również hasła z kategorii „przysłowia”, bo te są zdecydowanie zbyt skomplikowane dla dziecka. Nie miałam jeszcze okazji przetestować na znajomych, ale podejrzewam, że może się świetnie sprawdzić w gronie nieco starszych odbiorców. Tak, więc po lekkim usprawnieniu zasad gry i dostosowaniu ich do naszych potrzeb serdecznie polecam i przyznaję ATEST MOTYLKI 🙂