Jestem podła

girl-638061_1280

Jestem podła.

Jestem marudna.

Sama nie radzę sobie ze sobą.

Od prawie dwóch tygodni żyję ze świadomością, że rozwija się we mnie nowe życie. Powinnam skakać z radości i planować wystrój pokoju. Tymczasem całą energię przeznaczam na narzekanie. Narzekam w pracy, narzekam w domu, narzekam telefonicznie i mailowo. Teraz postanowiłam ponarzekać na blogu.

Narzekam, ponieważ wciąż nie dociera do mnie fakt ciąży. Wciąż tętni we mnie gigantyczna obawa, że coś będzie nie tak. Nie pomaga usg, nie pomagają wzrastające wyniki betaHCG, nie pomaga fakt, że nie dopinam się w żadnych spodniach.

Ciążę z Motylką wspominam… jakby to ująć -„hydraulicznie”. Z pierwszego trymestru pamiętam głównie sedes – ciąża z widokiem na spuszczaną w toalecie wodę. Wymiotowałam średnio 32 razy na godzinę… a pozostałe 15 minut spędzałam męcząc się z mdłościami. Poza tym wciąż jadłam. Kiedy w 4 miesiącu musiałam przejść na zwolnienie lekarskie Małż pojechał do mojej pracy pozabierać moje rzeczy – konkretnie gigantyczny karton jedzenia (chrupki, paluszki, ciasteczka, biszkopty). Byłam obstawiona miseczkami z różnymi przekąskami i kiedy tylko poczułam metaliczny smak w ustach natychmiast musiałam zagryźć czymś słonym, słodkim, słodko- słonym, czymkolwiek. Byle by nie zwymiotować na petenta :) Od rana do wieczora czułam, że zdycham, czułam, że rosnąca we mnie Motylka wywala moje wnętrzności na lewą stronę. Ma ubaw patrząc jak treść pokarmowa przesuwa się raz w dół, a za chwilę w górę. Cierpiałam – ale czułam, że rośnie we mnie życie. Czułam, że moje dobre samopoczucie przelewam na maleńką fasolę. Czułam, że poświęcam się w imię wyższych celów.

Tymczasem teraz nie czuję nic. Owszem jestem zmęczona. Śpię 10 godzin na dobę i wciąż chodzę wykończona. Powłóczę nogami od samego rana i kiedy tylko wykonam jakąś bardziej intensywną czynność po chwili padam na twarz. Mogłabym równie dobrze zwalić to na jakieś przesilenie wiosenne. Nie mam zachcianek, nie odczuwam mdłości, mój apetyt funkcjonuje mniej więcej na stałym poziomie (wyjątkiem są okazjonalne napady na tabliczkę czekolady). Nie czuję ciąży. Wiem, że jest zbyt wcześnie – nie oczekuję solidnego kopniaka albo czkawki maleństwa. Tylko tak sobie myślę, że jakiś niewielki poranny „rzyg” może poprawiłby moje samopoczucie. Pozwoliłby mi uwierzyć…

Przekleństwem jest również okropny „dr Google”. Cokolwiek bym nie wpisała kończy się hasłami takimi jak : poronienie, guz lub jakimiś innymi optymistycznymi słowami. Dr Google nie zakłada pozytywnych rozwiązań. Wszystko kończy się czarnym scenariuszem. Tymczasem ja z tym swoim rozchwianiem emocjonalnym oraz burzą hormonów łykam to wszystko jak gąsior kluchy. I zadręczam się, zamartwiam się, dobijam się. Może moja intuicja podpowiada mi żebym się nie nastawiała? Sama nie wiem.

Naładowana tymi „optymistycznymi” wiadomościami przelewam swój entuzjazm na koleżankę z pracy, na Małża. Na mamę nie przelewam – wciąż jest na mnie obrażona. Mogę liczyć na jakieś oschłe „masz co chciałaś”. Wiem, że jej przejdzie… ale za nim to nastąpi popadnę chyba w depresję.

Narzekam.

Jęczę.

Od rana do wieczora.

Ech…