Jak powiedzieć dziecku o… dziecku

girl-609653_1280

Założenie było takie, że z informowaniem Motylki o rodzeństwie zaczekamy aż sytuacja będzie jasna i przejrzysta. Po głębszych przemyśleniach, burzy hormonalnej, czternastu huśtawkach nastrojów oraz kilku wybuchach złości moja matczyna intuicja kazała mi rozpocząć oswajanie Motylki nieco wcześniej.

Moje dziecko jest wyjątkowo rezolutne. Udawanie, że mama siedzi w domu na zwolnieniu lekarskim dla zabawy albo łyka tabletki, bo są smaczne po prostu nie miało sensu. Ryzyko związane z ciążą niestety nie zmalało. Może być bardzo różnie. Czy jednak istnieje taki moment, w którym możemy być na 100% pewni sukcesu? Zawsze w ostatniej chwili coś może się nie udać. Tak, więc dalsze oczekiwania nie miały uzasadnienia. Zwłaszcza, że wprawny umysł Motylki zdążył już odnotować moje osłabienie oraz niechęć do tematu wycieczek rowerowych.

Podchody i delikatne rozmowy przynosiły raczej kiepskie rezultaty – (Czy chciałabyś mieć rodzeństwo? Nie, wolałabym pieska!). Trzeba było uderzyć z grubej rury. Szykowaliśmy się z Małżem do tej rozmowy. Analizowaliśmy co i jak powiemy. Wyszło jednak zupełnie spontanicznie i naturalnie.

Kiedy Motylka szykowała kolejny atak na moje zalegające na kanapie zwłoki, kiedy brała już rozpęd aby z charakterystycznym dla siebie impetem rzucić się na mnie aby się przytulać, kiedy była już prawie na ostatniej prostej i szykowała się do wyskoku aby celniej trafić w moją skromną osobę … razem z Małżem głośno krzyknęliśmy NIEEEEEE!!!!!

Młoda stanęła jak wryta i z lekkim przerażeniem patrzyła na nasze spanikowane twarze. Wiedzieliśmy, że to ten moment – ostatnia nadzieja na to by oduczyć Motylkę skoków na mój brzuch.

W końcu wydusiłam z siebie to zdanie… ” kochanie, jestem w ciąży”. Reakcja Motylki zaskoczyła chyba nawet ją samą. Najpierw wielokrotnie upewniła się, że to nie jest jakiś głupi żart… następnie do jej oczu napłynęły wielkie, ciężkie łzy. Natychmiast odruchowo przeszłam do fazy pocieszania. Zaczęłam bezsensownie tłumaczyć, że będzie fajnie, że bycie starszą siostrą jest super, że nikt jej nie zabierze pokoju, że wszyscy będziemy ją bardzo mocno kochać, że nic się nie zmieni… itd… kiedy już brakło mi tchu od argumentów, kiedy sama byłam już bliska płaczu w końcu zobaczyłam, że usta Motylki szykują się do wyduszenia z siebie jakiegoś zdania. Wzięła oddech i powiedziała : „mam mokre oczy… ja chyba płaczę… ZE SZCZĘŚCIA!!”.

To był jeden z  najbardziej wzruszających momentów w moim prawie 30-letnim życiu. Motylka zaakceptowała sytuację. Mimo wcześniejszej niechęci do rodzeństwa po prostu oszalała z radości. Od tego czasu co chwila chodzi i głaszcze mnie po brzuchu. Zadaje dziesiątki pytań na temat małych dzieci. Upewnia się co będzie mogła robić i oczywiście wybiera imiona dla siostry / brata.

Ku mojej rozpaczy zaczęła nazywać mnie „wielorybkiem”. Uznała to za niezwykle pieszczotliwe podkreślenie tego, że jem jak prosie oraz tyję… Cóż… przetrwam i to.

Motylka została oczywiście powiadomiona, że może być różnie, że czasami coś się nie udaje, że musimy mocno trzymać kciuki i wierzyć, że będzie dobrze.

Tak zaczyna się kolejny etap tej ciąży. Etap pełnej świadomości Motylki. Czy jej małe rączki i blond główka, która ciągle przytula mój brzuch zaczarują całą sytuację?

Czy sprawią, że wszystko będzie dobrze?

Oby tak było…