Groszek ptysiowy na śmierć i życie!!

man-461195_1280

Szósty dzień siedzenia w domu z Motylką… Od rana zajmuję się ustalaniem kolejności posiłków oraz organizowaniem zabaw. Przy tym wszystkim trzeba umieć wypośrodkować.  Jeśli rezolutna 6-latka wyczuje, że siedzenie w chacie jest super fajne natychmiast zacznie być chronicznie chora. To nie są moje podejrzenia… to pewność potwierdzona badaniami naukowymi i kilkoma latami doświadczeń.

Tu rozpoczyna się rola matki, która z jednej strony musi zapewnić dziecku atrakcje, a z drugiej nie stanowić konkurencji dla szkoły oraz koleżanek. Kobieta jest zorganizowana, zdyscyplinowana, ma szeroki zakres myślenia. Jest jednostka wielozadaniową, która jest w stanie w ciągu jednej minuty robić 32 różne czynności, planować kolejnych dziesięć i analizować przynajmniej jedenaście.

Tak, więc od rana poza zupełnie przyziemnymi sprawami zajmowałam się sprawami, które roboczo wrzucam do kategorii II stopnia – czyli opłatami rachunków oraz sprawami z kategorii III – niezwykle rzadkiej, ale istotnej. Dzisiaj w kategorii III znalazła się rekrutacja do szkoły. Ruszył przygłupi elektroniczny system naboru do klas pierwszych, więc chcąc uniknąć jego zawieszenia wypełniłam zgłoszenie mojej gaduły.

Upraszczając sprawę… od podcierania pupy, budowania z klocków Lego, przez komponowanie pełnowartościowych posiłków aż po opłaty i rekrutację do szkoły- tak mijał mi dzisiejszy dzień.

Były w tym chaosie dwie sprawy, o które poprosiłam Małża:

1. Podczas porannego spaceru z psem kupić groszki ptysiowe, które były potrzebne do kremu brokułowego na obiad.

2. Wydrukować wypełnione przeze mnie i wysłane na maila podanie Motylki do szkoły.

O ja naiwna!!

Ad. 1

Niedaleko naszego domu jest osiedlowy bazarek…ok 20 małych „budek” z przeróżnym asortymentem… Małż radośnie zawitał do JEDNEJ budki, w którym groszku niestety nie było. Tym sposobem do swoich dzisiejszych planów musiałam jeszcze dodać poranną wizytę na bazarku – oczywiście w towarzystwie Motylki i Lejka. Z ciekawością zerknęłam do kilku sklepików, aby przekonać się, że groszku ptysiowego wszędzie było pod dostatkiem… poza jedną jedyną budką, którą wybrał Małż…

Ad. 2

Oczywiście już o 11.00 podanie było wydrukowane, o czym dumny z siebie Małż nie omieszkał powiadomić mnie telefonicznie. Doceniam tę męską dumę. Wydrukowanie 4 kartek umocniło jego samczą pozycję. Cudownie jest „zrobić coś dla domu”. Niestety geniuszu nie wystarczyło do godziny 17.00. Kiedy dumny z siebie Małż wrócił do domu przypomniał sobie, że podanie zostawił w pracy.

Dwie zupełnie błahe sprawy przerosły dorosłego faceta. Niech mi ktoś jeszcze spróbuje powiedzieć, że mężczyźni są bardzo zorganizowani tylko to my kobiety wmawiamy im nieporadność. Mężczyzna jest ponad to… dla niego groszek to „pierdoła”. Nie ma groszku, zje z chlebem, co za różnica!? Nie ma podania dzisiaj? Będzie jutro. Przecież nic się nie stanie. I zapewne to wszystko prawda… ale… po drugiej stronie stoi kobieta, która zaopatrzona w „system wspomagania jazdy” na pewno szybko nie zapomni i znajdzie w swoim mózgu zakładkę, w której skrupulatnie zaksięguje zaistniały problem. Wykorzysta go prędzej czy później i dokona wszelkich starań aby następnym razem kupno groszku ptysiowego było dla niego sprawą życia i śmierci. BO TAK!!!