Dlaczego choroby muszą mieć takie przerażające nazwy?

artist-circus-clown-476

Jak wspominałam Motylka choruje. Motylka choruje, bo musi, na pewno nie dlatego, że lubi. Motylka jest wkurzona chorowaniem i zmęczona chorowaniem i wcale to chorowanie jej nie bawi! Przypadłość, która dopadła Motylkę to choroba Schonleina-Henocha. Zwana inaczej plamicą alergiczną. Po jakimkolwiek nawet najdrobniejszym przeziębieniu moje dziecko ma nóżki w bąblach, które wyglądają jak po ukąszeniu komarów. Brzydkie bąble zamieniają się w sine plamki a potem stopniowo schodzą. Jedne schodzą, pojawiają się kolejne i tak przez 7-10 dni. Leczenie jest dziwne. Leczenie to Rutinoscorbin i LEŻENIE! To leżenie właśnie jest najgorsze, bo jak  zwiercona 6-latka ma leżeć przez tydzień!? Jakakolwiek aktywność wiąże się z dosianiem kolejnych upiornych plamek. Nie można bagatelizować, bo choroba może zająć nerki, jelita. Motylka jest już po trzecim wysiewie choroby w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Not good.

No, ale trudno. Wiem, wiem mogło być gorzej. Wiem, że dzieci na świecie mają gorzej. Wiem, że nie mają co jeść, nie mają co pić. Wiem, że chorują na straszne choroby. Wiem to wszystko, bo przez ostatnie dwa miesiące nasłuchałam się już wielu takich „pocieszań”. Wiem o tym wszystkim, ale dziwnym trafem wcale mnie to nie pociesza. Trudno. Nie będę tu pisała o tych wszystkich przykrościach, które wiążą się z chorobą Schonleina-Henocha. Nie chcę więcej pocieszań, poklepywań i w ogóle chcę o tym zapomnieć.

Ta cała sytuacja skłoniła mnie jednak do pewnych refleksji… jako, że w związku z upiorną chorobą mamy za sobą dwa pobyty w szpitalu troszkę się nasłuchałam i napatrzyłam. Pamiętam również swoją reakcję, gdy lekarz w szpitalu powiedział, że moje dziecko ma chorobę Schonleina-Henocha. Gdy wymówił te słowa czas stanął w miejscu. Coś co nazywa się tak okropnie nie może być zwykłą infekcją. Nie może być zwykłym bzdetem. Jakże lżej byłoby mi myśleć, że moja Motylka ma „kropeczkownicę nóżkowatą” albo „plamkownicę”.

Moje odczucia to jedno, bo wiadomo przecież, że dorosły wie z jakimi wiąże się to konsekwencjami, więc bywają momenty, że nazwa wcale nie poprawiłaby mojego samopoczucia. Chodzi jednak o dziecko. DZIECKO. Dziecko, które wrzucone w szpitalny wir nagle dowiaduje się, że ma coś co brzmi dramatycznie nieciekawie. Nie pisali o tym w Kubusiu Puchatku, nie chorowały na to Kucyki Pony. Nie dolega to nikomu w Monster High (a tam już wiele przeszli), nie leczy tego nawet Doktor Dosia i nawet Papa Smerf nie zna na to lekarstwa. Te wszystkie fakty powodują, że dziecko z zazdrością patrzy na dzieciaki z anginą, zapaleniem ucha czy rotawirusem. Być może powinny być jakieś zamienniki nazw. Bardziej przychylne nam szarym śmiertelnikom! Może niech patetyczna medycyna przestanie obrastać w piórka i wymyśli zakres nazw chorób specjalnie dla dzieci. Gdyby Motylka rosła ze świadomością, że ma „Plameczki Różowej Pantery” pewnie czułaby się ciut lepiej. Jeśli nie ma chętnych ja z wielką radością wymyślę nowe nazwy chorób. Pieprze te wszystkie Choroby Schonleina-Henocha. Ledwo umiem to wymówić a chorować na to już czysta tragedia!