Ciąża kontra szef

suit-673697_1280

Kiedy cały świat wchodzi mi na głowę i mam dość każdego otaczającego mnie dźwięku staram się głęboko oddychać i zachować maksymalny spokój. Wcale nie jest to łatwe, zwłaszcza, że nigdy nie byłam typem spokojnej duszy. Niestety codziennie wszyscy przypominają mi, że ciąża powinna być stanem „otępienia”, w którym emocje a zwłaszcza stresy powinnam zepchnąć na dalszy plan… Gdyby tylko to było takie łatwe.

Przychodzą takie momenty, w których czuje się kompletną bezsilność i nawet oddechy  oraz uspokajania nie pomagają. Mówi się o tym, że w naszym kraju następuje wzrost jakości polityki prorodzinnej, a rynek pracy powoli staje się bardziej przyjazny matkom. Tak głoszą przynajmniej politycy, którzy reklamują swoje hasła w czasie kampanii wyborczych… moja subiektywna ocena pozostaje daleka od tych ideałów.

Po kolejnej wizycie u lekarza otrzymałam zwolnienie lekarskie na kolejny miesiąc. Krwiak się wchłania i sprawy zdają się układać pomyślnie. Z różnych jednak przyczyn – dalekich od moich prywatnych kaprysów lekarz podtrzymał decyzje o tym abym przebywała w domu. Zresztą od początku informował, że taki stan utrzyma się prawdopodobnie aż do końca ciąży.

Podczas pierwszego zwolnienia powiadomiłam o tym fakcie szefa, który w akcie „łagodności” ostentacyjnie rzucił słuchawką. Majestat się obraził. Trudno. Spłynęło to po mnie jak po kaczce choć nie ukrywam, że po czterech latach wspólnej pracy oczekiwałam nieco większej empatii.

Co to za świat, w którym ciąża i ewentualne komplikacje traktowane są jako celowy zamach na dobro firmy. Co to za czasy, że szef państwowej firmy utrzymywanej z budżetu państwa może bezkarnie strzelać fochy i za moimi plecami nazywać mnie nieuczciwą i chamską, bo z „premedytacją” zburzyłam zaplanowany przez niego plan urlopowy. To ma być to wsparcie dla rodzin?

Szef oczekuje, że powiadomię go osobiście, że nie wrócę aż do końca ciąży – najlepiej na piśmie. Mam obiecać, że nie wezmę urlopu i  w ogóle określę co będę robiła dalej. Czy nie jest to jawne naruszenie moich praw? Nie ja wypisuję sobie zwolnienia i nie mogę być pewna jak dalej będzie rozwijała się moja ciąża oraz mój stan zdrowia. Jak mogę zaplanować ze szczegółami co będę robiła dalej? Jaki jest tego cel? Przecież pracodawca ma prawo zatrudnić kogoś na moje miejsce już po 30 dniach mojego zwolnienia lekarskiego. W jakim celu oczekuje ode mnie dziwnych deklaracji? Dlaczego muszę w ogóle się tym wszystkim stresować i o tym myśleć? Dlaczego muszę słuchać niewybrednych komentarzy na mój temat? Po czterech latach solidnej pracy podważana jest moja uczciwość… to ma być polityka prorodzinna??

Wiem, że wszystko zależy od szefa, od tego jakim jest człowiekiem, od tego ile ma w sobie empatii. Nie mogę jednak pojąć fałszywości ludzkiej. Tego, że przez kilka lat siedzenia w jednym pokoju stwarza się pozory przyjaźni, a potem przy jednym ruchu wbrew czyimś planom jest się degradowanym do roli największego wroga.

Nie dam się sprowokować. Nie zamierzam robić nic wbrew sobie. Postępuję zgodnie z prawem pracy i nikogo przy tym nie krzywdzę. Tylko nie rozumiem dlaczego kobieta zamiast zająć się własnym zdrowiem oraz spokojem musi w ogóle myśleć o takich sprawach?

Dziwny jest ten świat…