Bezstresowe wychowanie!?

children-334528_1280

Nigdy nie uważałam się za eksperta w dziedzinie wychowywania dzieci. Nie przeczytałam setek poradników informujących o tym jak prawidłowo postępować w określonych sytuacjach. Podobnie jak większość współczesnych matek opieram się głównie na własnej intuicji i obserwacji otoczenia. Mimo braku wiedzy encyklopedycznej w dziedzinie pielęgnowania potomstwa uważam, że Motylka jest dzieckiem dobrze wychowanym. Nie muszę się za nią wstydzić, potrafi podziękować, przeprosić – doskonale wpisuje się w ogólnie przyjęte normy. Choć oczywiście jak każdemu również jej zdarzają się jakieś „odpały”.

Jestem jednak na świeżo w zderzeniu z innym modelem wychowania dziecka. Wczoraj odebrałam ze szkoły Motylkę oraz jej koleżankę z klasy. Koleżanka – nazwijmy ją np. Ula wychowywana była w sposób bezstresowy. Jej mama ( u której regały aż uginają się od poradników na temat wychowania dziecka, pielęgnowania wnętrza dziecka, współpracy z dzieckiem itp.) zawsze do dziecka spokojnie przemawia, tłumaczy. Kiedy Ula kogoś kopnie albo popchnie natychmiast usprawiedliwia jej zachowanie, kiedy kłamie udaje, że nic się nie stało. Takie zachowania odnotowałam przebywając w ich towarzystwie na podwórku. Ula na pozór grzeczna i uśmiechnięta, rezolutna dziewczynka. Niejednokrotnie pokazała jednak swoje prawdziwe „ja”. W szkole zdiagnozowana została jako nadwrażliwa, płaczliwa i niepotrafiąca odnaleźć się w nowych sytuacjach. Ciekawa byłam jak zachowa się bez mamy w obcym domu.

Przeżyłam autentyczny szok. Ula od wejścia do (NASZEGO!!) domu trzasnęła mi przed nosem drzwiami od pokoju Motylki. Kiedy poprosiłam aby więcej tak nie robiła kompletnie mnie zignorowała. Następnie 50 razy powiedziała słowo „dupa” odmieniając je przez wszystkie przypadki i wykorzystując w zdaniu na 32 sposoby. Co chwile informowała mnie, że ja MAM ją odbierać w każdą środę – ona to jeszcze uzgodni z mamą. Po półtora godzinnym pobycie ta „elokwentna” prawie 7 -latka zrobiła kupę w majtki, a rzeczone majtki wepchnęła za toaletę nie przyznając się do tego. Mimo moich wielokrotnych próśb aby nie dokarmiała niczym psa co chwila słyszałam jak zakrada się do kuchni i próbuje coś mu dawać. Oczywiście za każdym razem kłamała, że to nie ona. Kiedy dziewczynki jadły obiad Ula chyba ze 20 razy wstawała od stołu – chodziła po domu, wracała, siadała. Bo mama jej tak pozwala i w domu zawsze tak je. Posiłek trwał, więc 40 minut.

Odliczałam długie cztery godziny, a każda kolejna zdawała się nie mieć końca. O 18.00 umówiłam się z mamą Uli na placu zabaw – ustaliłyśmy, że tam dziewczyny pobawią się jeszcze z godzinę i łatwiej będzie im się rozstać. Kiedy zbliżała się 18.00 Ula schowała swój plecak informując mnie, że mam go nie brać, bo ona tu zaraz wraca i wcale nie zamierza iść do domu. Kiedy poprosiłam aby pomogła Motylce ogarnąć pokój po ich wspólnej zabawie odwróciła się na pięcie i powiedziała, że nie ma ochoty. Jakimś cudem wyszłyśmy w końcu na dwór – Motylka w świetnym humorze wkroczyła do zabawy a tymczasem Ula, gdy tylko ujrzała mamę oraz fakt, że jednak znalazłam jej plecak wpadła w histerię. Zaczęła wydzierać się na całe gardło i popadać w gigantyczne spazmy. Wrzeszczała, że ona nie idzie jeszcze do domu, że zamierza się jeszcze bawić z Motylką, że to wszystko wina jej mamy, że wszystkich nas nienawidzi itp. „przyjemności”. Nie uspokoiła się przez pół godziny. Popadała w bezdech, nie była w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Kiedy mama Uli poprosiła ją aby podziękowała za to, że była u nas całe popołudnie Ula w spazmach wykrzyczała „NIEEE, JA TAM WRACAM!!!”.

Motylka była tym wszystkim bardzo zszokowana. Patrzyła na całe zajście z niedowierzaniem i powiedziała, że wolała by więcej nie zapraszać do nas Uli. Odetchnęłam z ulgą – ja też wolałabym jej więcej nie widzieć w naszym domu.

Zastanawia mnie tylko fakt jak można doprowadzić do tak skrajnej sytuacji? To niewiarygodnie i wydawało mi się, że takie zachowania możliwe były tylko w programach Superniani. Jak 40 – letnia kobieta (mama Uli) oczytana, wykształcona, kulturalna i miła była w stanie doprowadzić swoje dziecko do takiego stanu? Na pierwszy rzut oka widać było, że w wychowaniu Uli nie panują żadne zasady. Nie ma jasno wyznaczonych norm, brakuje konkretnych wzorców i stanowczości. Od Uli niczego się nie wymaga, nie oczekuje. Uli należy grzecznie i cicho wszystko tłumaczyć z nadzieją, że zrozumie. Tymczasem Ula jako bystra 7 – latka doskonale manipuluje otoczeniem. Kłamie, wymusza, płacze na zawołanie i oczekuje, że cały świat będzie kręcił się wokół niej.

To tak na prawdę bardzo nieszczęśliwa dziewczynka, która przez to, że nikt nie powiedział jej jasno i dobitnie co jest dobre, a co złe walczy sama ze sobą i z otaczającym ją światem. Jej mama bardzo przepraszała za takie zachowanie. Oczywiście jednak natychmiast znalazła sobie świetną wymówkę. Powiedziała, że pewnie Ula jest już zmęczona po długiej, wspólnej zabawie i stąd taki wybuch wściekłości. Nie mniej jednak kiedy zabierała Ulę do domu była aż czerwona ze wstydu.

Wiele koleżanek Motylki przewinęło się przez nasz dom. Nigdy nie miałam im nic do zarzucenia. Cieszyłam się, że w motylkowej klasie są takie miłe dzieciaki. Po wczorajszym dniu nie mogę jednak dojść do siebie. Z jednej strony Ula totalnie mnie wykończyła, z drugiej wiem jednak, że to nie ją należy winić za to jakim jest człowiekiem. Po raz kolejny uzmysłowiłam sobie jak istotne w naszym życiu jest wychowanie, jak ważne jest to co wynosimy z domu. Ta wiedza może dodać nam skrzydeł i pomóc w „zdobyciu świata”, albo wręcz przeciwnie. Może już na starcie postawić nas w roli społecznej ofiary, kompletnie nieprzystosowanej do życia, która na własnych błędach i porażkach będzie musiała nauczyć się funkcjonować w społeczeństwie.

Dziecku należy się szacunek, nie należy go bić, straszyć ani zawstydzać. To jasne i bezdyskusyjne. Po wczorajszym dniu mam jednak wrażenie, że nie wymaganie niczego od dziecka jest niemal porównywalne z przemocą psychiczną.  Przecież to my – rodzice musimy wyrobić w dziecku nawyki oraz określone zachowanie. Przyzwalanie na wszystko i szukanie wymówek za dziecko to dla niego wielka krzywda.

Zawsze myślałam, że takie rzeczy to tylko „w bajkach” i reżyserowanych filmach… a tymczasem pod moim nosem dzieją się sceny, które nie przestają mnie szokować…